Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śnieg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śnieg. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 lutego 2017

Sudecka Żyleta, czyli największe (do tej pory) wyzwanie w moim życiu...


"W górach musisz wykonać pewien wysiłek bez zapłaty. Jest to mistyka, szukanie czegoś wyjątkowego. Do tego trzeba mieć wyobraźnię i filozofię życiową. Nie każdego na to stać, nie każdemu się chce. Bo w górach nie ma granic, tam się szuka wolności." ( K. Wielicki)
Cytat znaleziony na stronie facebookowego wydarzenia Maratonu Pieszego "Sudecka Żyleta" bardzo przypadł mi do gustu, dlatego musiałam umieścić go na wstępie tego wpisu...


Gdy termin Maratonu Pieszego "Sudecka Żyleta" zaczął się zbliżać w tempie ekspresowym, moja euforia mieszała się z wątpliwościami... 
Przecież ja nigdy nie pokonałam dłuższego dystansu w górach niż 34 km (Festiwal biegowy w Krynicy Zdroju) ani nie przeszłam w warunkach zimowych więcej niż 20 km (Zimowe wejście na Śnieżnik), nasza próba wejścia z Aliną po ciemku na wschód słońca na Jaworzynie Krynickiej zakończyła się fiaskiem (Jaworzyna Krynicka), a tu przed nami nie lada wyzwanie- 43 kilometry wędrówki sudeckimi szlakami, planowane na ok. 13-15 godzin, w tym spora część marszu, gdy na dworze będzie już ciemno... 
No cóż - wyzwanie podjęte, razem z Aliną i Basią zapisane, no to próbujemy swoich sił!

W piątek wyruszamy z Poznania w godzinach popołudniowych, by wieczorkiem dotrzeć do miejscowości Boguszów-Gorce, skąd w ubiegłym roku wchodziłam z mężem na Chełmiec (Chełmiec). Zameldowałyśmy  się w domu gościnnym "Rodar" i zrobiłyśmy zapasy prowiantu i napojów na następny dzień. 
Noc była ciężka. Emocje, nerwy, spanie poza domem, latarnie świecące prosto w okno... to wszystko powodowało, że często się budziłam. Z ulgą więc przyjęłam dzwonek budzika i sygnał do wstawania. 

Przed 8 zameldowałyśmy się na starcie (stacja pkp Boguszów-Gorce), gdzie odebrałyśmy "pakiet startowy" (mapkę, odblaskową opaskę, przypinkę itp.)


Kwadrans po 8 cała grupa licząca ok. 200 uczestników ruszyła...

Bardzo szybko się rozgrzałyśmy. Rytmiczny marsz po płaskim, a później podejście na Dzikowiec szlakiem zielonym dostatecznie podniósł nam tętno, jednocześnie zaostrzając apetyt na więcej...

gdzieś przed Dzikowcem...

Na Dzikowcu krótki postój, foteczki, selfiki ;P i radość  ze zdobycia pierwszego punktu trasy.


Uczestnicy "Żylety" na trasie 




Pogoda niestety nie sprzyjała widokom. Było bardzo ciepło, wyższe partie gór zasłaniała przez to gęsta mgła, która za nic nie chciała się ruszyć, nie pozwalając na podziwianie bajkowych zimowych krajobrazów...



Po krótkim odpoczynku, małymi grupkami, rozpoczęło się schodzenie. Pomyślałam, że to będzie "pikuś". Jednak byłam w błędzie ;) 

Było stromo, śnieg był mokry, grząski, powodujący obsunięcia. Tu założyłyśmy kolce, nakładki antypoślizgowe, ale niewiele one pomagały. Bardziej wprawieni wędrowcy zjeżdżali tu na butach jak na nartach, my uważnie stawiałyśmy każdy krok, ale oczywiście nie obyło się bez pierwszych wywrotek. Na szczęście niegroźnych. 




Po najgorszych fragmentach, pełnych stromizny, na mimo wszystko dość ryzykownym podłożu (w okolicy 8 km) , upadła Basia. Upadek był bardzo niefortunny. Nie wyglądał groźnie, niestety obecnie nie jest za wesoło z Basi kolanem :( Mimo tego Basia- twardzielka szła dalej... 


W końcu przyszło upragnione wypłaszczenie... Dotarłyśmy do Unisławia Dolnego, skąd zaczęło się wspinanie na Stożek Wielki. To podejście ostro dało się we znaki... Stromo, cienka ścieżyna, no i przepaściste zbocza, które jakby tylko czekały na nasz fałszywy ruch ;) To był ok. 10 km naszej trasy. 

na Stożku Wielkim

I znowu czekało nas lekko strome zejście, ale już nie takie straszne jak to z Dzikowca. No chyba, że byłyśmy już nieco bardziej odporne na stromiznę. Kolejnym punktem była miejscowość Sokołowsko. Tu zrobiłyśmy dłuższy postój. Z Aliną wskoczyłyśmy do sklepu uzupełnić zapasy. Ja wypiłam szybkie piwko, które doskonale ugasiło pragnienie i postawiło mnie na nogi. 


Następnie szlakiem czarnym dotarłyśmy do grzbietu granicznego. 


Dalej wędrowałyśmy szlakiem zielonym... gdzieniegdzie zaczęło się przecierać, odsłoniły się pojedyncze szczyty.... 





Było coraz piękniej...







Gdy odbiłyśmy ze szlaku zielonego znów na na czarny, zrobiło się nieco monotonnie. Widoków już nie było. Dreptałyśmy przez las za grupą innych "żyletkowiczów". 
Pod Suchawą powinnyśmy odbić na Waligórę, na żółty szlak. Waligóry obawiałyśmy się od samego początku, a właściwie zejścia z Waligóry. Na ten szczyt wchodziłam z mężem w warunkach letnich (Waligóra) i wówczas przy podejściu sprawił nam drobne problemy. Zejście tą trasą zimą musi być niezłym hardkorkiem ;) Niektórzy doradzili nam zejść od razu do Andrzejówki dalej szlakiem czarnym, omijając więc Waligórę. Mając na uwadze kontuzję Basi i konieczność dalszej wędrówki, zmodyfikowałyśmy trasę po raz pierwszy. Widząc miny osób wracających z Waligóry i słysząc ich opowieści, stwierdziłyśmy, że chyba dobrze zrobiłyśmy. 
przed schroniskiem "Andrzejówka" 


W Andrzejówce czekał na nas przepyszny żurek z jajem i dużą ilością kiełbachy. Przyznam szczerze, że nie przepadam za żurkiem, ale ten w "Andrzejówce" smakował mi tak bardzo, że śmiało mogę go uznać za najsmaczniejszą zupę ostatniego roku, jaką miałam okazję jeść ;)  




Waligóra w zimowej odsłonie
Niestety po wizycie w "Andrzejówce" trochę się zagapiłyśmy i poszłyśmy złą drogą, następnie odbiłyśmy w bok, w miejscu, gdzie nie przechodził żaden znakowany szlak. Podchodziłyśmy pod jakiś stok narciarski albo łąkę, na której latem pasą się owce ;) Naprawdę nie wiem co to było, ale pioruństwo strome i wyczerpujące. Na szczęście para, która również pomyliła drogę, wyprowadziła nas na właściwą trasę. Stamtąd widziałyśmy już co jakiś czas na śniegu oznaczenia, strzałki wyznaczające kierunek marszu. Przy takim zmęczeniu było to spore ułatwienie. 
Wędrowałyśmy dalej szlakiem żółtym... w okolicy Rogowca zdecydowałyśmy się na krótki postój. Coś zjadłyśmy i przygotowałyśmy czołówki i latarki, bo zaczęło się robić szaro... 

Już po ciemku, oświetlając sobie trasę czołówkami zeszłyśmy do Jedliny Zdroju. To zejście w pewnym momencie zrobiło się bardzo nieprzyjemne. Grząski śnieg i stromizna powodowały poślizgi niekontrolowane. Stopa z każdym krokiem "zjeżdżała" niżej o kilka, kilkanaście centymetrów. Tu Basi kolano wysiadło na dobre. Wszystkie byłyśmy bliskie rezygnacji. Drogowskaz wskazywał ok. 5 godzin drogi na Wielką Sowę, do przejścia jeszcze ok. 13 km. Do tej pory nasza trasa przedstawiała się tak:



Część ekipy, która znalazła się z nami w Jedlinie, zadeklarowała koniec wędrówki. Pojawiła się również opcja podjechania do Rzeczki i zdobycia Wielkiej Sowy inną trasą. Przez to maratoński dystans zostałby o kilka kilometrów skrócony, ale mielibyśmy wszyscy większe szanse na dotarcie do mety. Może to trochę nie fair, ale od samego początku każda z nas marzyła o tym, by dojść do celu. Tam czekały na nas zarezerwowane łóżeczka i upragnione piwo ;) Niewiele było czasu do namysłu. Ostatni autobus wyjechał już z Wałbrzycha, więc w Jedlinie miał być za kilkanaście minut. Basia nie mogła iść dalej... to było pewne. Osoby rezygnujące w Jedlinie obiecały zaopiekować się Basią, więc pobiegłyśmy z Aliną i dwoma innymi dziewczynami na ten autobus. 

Z Rzeczki już na nogach, ale nadal z tymi wielkimi plecakami wgramoliłyśmy się na Wielką Sowę. Było koło 22. Spotkałyśmy po drodze wielu innych uczestników "żylety". Na szczycie czekały na nas gratulacje od organizatorów, którzy doskonale wiedzieli, że trasę zmodyfikowałyśmy (zresztą nie widziałam powodu, by ten fakt ukrywać), w końcu wlazłyśmy na Sowę z innej strony. To nie było aż tak istotne, ponieważ czułyśmy się mimo wszystko zwyciężczyniami. 



Na Wielkiej Sowie

Wieża na Wielkiej Sowie



Ominęłyśmy spory fragment trasy... Pewnie dałybyśmy radę to przejść, gdybyśmy poszły dalej i nie stałoby się coś, na co nie miałybyśmy wpływu. Nie wiem tylko ile czasu by nam to zajęło... Tak, czy inaczej nasze endomondo wskazało łącznie ok. 38 km. To całkiem niezły wynik, chociaż wiadomo, niedosyt lekki pozostał ;) Radość ze zdobycia celu wycieczki najbardziej chyba jednak psuje myśl i świadomość, że nie było z nami Basi. 



Gdy dotarłyśmy do schroniska, były oklaski, radość i wspólne biesiadowanie. Kładłyśmy się spać przed 3 w nocy, a pobudkę zrobiłyśmy ok. 7:30. Mimo wszystko wstawało się bardzo rześko. 
Następnego dnia czekał nas jeszcze ok. 8 kilometrowy spacer do stacji kolejowej w Ludwikowicach Kłodzkich.

Było ciepło, słonecznie, zza uroczych chmur przebijało piękne, niebieskie niebo, wszystkie okoliczne szczyty były widoczne...



Żal było opuszczać Góry Sowie... 


Na deser Dolny Śląsk zasponsorował nam piękne widoki z pociągu na trasie Ludwikowice Kłodzkie - Wałbrzych... chyba z nadzieją, że niedługo tam wrócimy... może jeszcze przed kolejną edycją "żylety"? :) 

Można się czepiać, że nie dałyśmy rady, że oszukałyśmy... każdy miał jednak swoją własną żyletę... Było męcząco, ale pięknie... dotarłyśmy do celu, w zdecydowanej większości o własnych siłach :) 

A o Wielkiej Sowie, zdobytej we mgle, w mimo wszystko o wiele łatwiejszych warunkach, przeczytacie TU.




piątek, 1 kwietnia 2016

Korona Gór Polski: Zimowe wejście na Rudawiec Góry Bialskie marzec 2016 Bielice zdjęcia relacja opis szlaku


Kolejny dzień naszego krótkiego urlopu zaczął się również fantastycznie. Słońce świeciło, a dookoła krajobraz był po prostu bajkowy. Jakiś czas temu wymyśliłam sobie zdobycie Korony Gór Polski, czyli 28 najwyższych szczytów poszczególnych pasm górskich w Polsce. Nie zawsze jest to zgodne z prawdą, jednak Rudawiec (pomimo lekkich kontrowersji dotyczących słuszności umieszczenia go wśród tych szczytów) znajduje się na liście KGP. W planie mieliśmy zdobycie Rudawca i Kowadła, bo te szczyty znajdują się w swoim dość bliskim sąsiedztwie. Aby wejść na szlak musieliśmy przejechać z Międzygórza do Bielic (ok. 40 km). 

zdjęcie z samochodu - w drodze do Bielic

Samochód zostawiliśmy na parkingu w Bielicach. Stamtąd wyruszyliśmy zielonym szlakiem na Rudawiec. Początkowo - spacerek szeroką drogą, dość uczęszczaną, bo śnieg był ubity. Dodatkowo na fragmencie szlaku znajdowały się trasy narciarstwa biegowego. Aż mnie kusiło, żeby je wypróbować (oczywiście na biegówkach). 

szeroki początek szlaku

Niestety dość szybko okazało się,że nasz szlak wcale nie będzie taki przyjemny. Trasa odbijała w las. Znowu nikt nie przetarł szlaku, znowu ruszamy w wędrówkę po dziewiczym śniegu. Będzie się działo - pomyślałam i puściłam Mateusza przodem. To był dobry pomysł, bo idąc po jego śladach zdecydowanie mniej się męczyłam ;).

na szlaku

na szlaku

Tego dnia temperatura powietrza była dość wysoka. Śnieg na drzewach zaczynał się topić i spadał mniejszymi lub większymi płatami. Wyglądało to mniej więcej tak:

śnieg spadający z drzew

Trochę się tego baliśmy. Co jakiś czas było słychać szumy, dziwne odgłosy, a następnie gdzieś w pobliżu coś "leciało" z drzew. Zdarzało się, że się zatrzymywaliśmy i okrywaliśmy swoje głowy rękami, żeby nie dostać z takiej "niespodzianki", tym bardziej, że pod ciężarem spadającego śniegu łamały się również gałęzie.

na szlaku)

Poza tym było bajecznie. Śnieg wyglądał jak kołderka z cukru pudru. Pod nogami mieliśmy naprawdę grubą warstwę śniegu. Niestety po krótkim marszu zgubiliśmy szlak :( 

na szlaku

na szlaku

na szlaku

na szlaku

Akurat od strony, od której się wspinaliśmy oznaczenia były kiepsko widoczne, ponieważ śnieg opanował miejsca, w których zazwyczaj są nanoszone. Byłam bliska wycofania się, ale Mati nie chciał dać za wygraną i po kilkunastu minutach znalazł zielony szlak, który wyprowadził nas na szeroką drogę, po której śmigali na biegówkach czescy narciarze. Myślałam, że Rudawiec musi być już blisko i że powędrujemy dalej śladem narciarzy. Szlak jednak wchodził jeszcze wyżej w las bardzo wąską, potwornie zaśnieżoną ścieżkę! I podobno do szczytu mieliśmy ok. 45 minut drogi. Wiadomo, że trzeba doliczyć ok. 15 minut ze względu na warunki. Jeszcze tyle!? - pomyślałam już bardzo zmęczona. Znowu chciałam zrezygnować, ale Mati był nieugięty. Idziemy dalej!

tuż przed wejściem na szeroką drogę

po prawej stronie tego znaku mieliśmy się dalej wspinać

Zapadaliśmy się w śniegu momentami mniej, momentami bardziej. Śnieg był suchy, sypki i puszysty, a pod niektórymi drzewami mokry, wsiąkający w buty i ubranie. Dawało to drobne urozmaicenie ;) 

tu tylko delikatnie się zapadłam ;)

Gdzieniegdzie pomiędzy drzewami przebijało światło, które dawało nadzieję, że szczyt już niedaleko. Niestety tak nie było. Bardzo się męczyliśmy zakopując się w śniegu, na szczęście już nie błądząc, bo w górnej części szlaku oznaczenia były częste i dobrze widoczne. 

kosodrzewina pod śniegową kołderką

Mati przeciera szlak

W końcu dotarliśmy do wypłaszczenia. Zauważyłam jakąś tablicę. Ponieważ widziałam w internecie, że na Rudawcu znajduje się tablica z nazwą szczytu, miałam nadzieję,  że jesteśmy na miejscu. Pognałam więc w kierunku tej tablicy zakopując się w śniegu prawie po pachy ;-) A tam... "Granica Państwa". No to gdzie jest ten Rudawiec? Zerknęliśmy na mapę i okazało się, że kawałeczek musimy jeszcze podejść. Spotkaliśmy na trasie narciarskiej kolejnych Czechów. Jedni coś gadali po swojemu,  chyba, że brakuje nam nart. Oj chętnie te narty bym od nich wtedy pożyczyła i zjechała na nich do Bielic. Byliśmy bardzo zmęczeni, ale od szczytu dzieliło nas już tylko ok. 10 minut. Szło się ciężko, pomimo trasy przetartej przez narciarzy. Wreszcie jeeeeeeest!!! Rudawiec zdobyty!!! Ale to była  męcząca trasa.

Rudawiec zdobyty

Widoków z Rudawca przepięknych nie ma. Dookoła świerki. Pogoda była jednak na tyle cudowna, że zrobiliśmy tu dłuższy odpoczynek posilając się i gasząc pragnienie wodą. 

Na Rudawcu

Na Rudawcu

Wracaliśmy tą samą trasą. Znów było zdecydowanie łatwiej niż podczas podchodzenia. Zejście zajęło nam mniej niż połowę czasu wejścia. Po swoich śladach grzecznie dotarliśmy do Bielic. Pod koniec szlaku na drzewach było już niewiele śniegu. Odwilż rozgościła się na dobre.

schodzimy z Rudawca

Niestety zabrakło nam już sił i czasu, by zdobyć Kowadło. To tylko 45 minut wspinaczki z parkingu, ale w takich warunkach wejście z pewnością zajęłoby nam więcej czasu. Już nam się nie chciało i po prostu zrezygnowaliśmy. Wrócimy tu kiedyś, może latem? Endomondo wyliczyło mi ponad 10 km trasy w ponad 3 godziny i jest to tylko czas wędrówki (nie wliczając przerw i postojów). 

Łydki bolały nas jak po przebiegnięciu ultramaratonu górskiego (tzn. spodziewam się, że właśnie tak bolą łydki po takim wysiłku). Postanowiliśmy więc zrelaksować się, pluskając się w basenie i to nie byle jakim:


#Rudawiec #GóryBialskie #KoronaGórPolski #Bielice

Trasa: Bielice – Bielice | mapa-turystyczna.pl

Może zainteresują Cię również inne wpisy dotyczące naszych zimowych wędrówek po górach, np.:

Korona Gór Polski: Zimowe wejście na Śnieżnik marzec 2016 czerwony niebieski szlak z Międzygórza zdjęcia profil wskazówki dużo zdjęć!

Śnieżnik był jednym z pierwszych szczytów, na który wybraliśmy się z Mateuszem zimą. Od tamtej pory wiele się zmieniło. Nie dość, że zdecydowanie częściej bywamy w górach, to jeszcze wyruszamy na szlak o każdej porze roku!
Pomimo małej aktualizacji bloga, pozostałą część wpisu z 2016 roku pozostawiam w prawie niezmienionej formie, ponieważ to pierwszy opis wycieczki na tym blogu.

Była połowa marca, więc bardzo zimowych warunków spodziewaliśmy się dopiero w wyższych partiach gór. Byliśmy w błędzie. Śnieg pojawił się już na trasie w okolicy Wrocławia, a po przekroczeniu tabliczki "Międzygórze" śnieg zaczął sypać z naprawdę dużą intensywnością. 

tuż przed Międzygórzem - zdjęcie z samochodu

nasz widok z okna 15.03.2016r. 
nasz widok z okna 16.03.2016

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano. Zjedliśmy obfite śniadanie i ruszyliśmy w stronę czerwonego szlaku na Śnieżnik. Słońce świeciło, śnieg już nie padał, było bajecznie!

Dzień zaczął się bardzo optymistycznie

w drodze na szlak

no to zaczynamy wędrówkę

Część naszej trasy wiodła uliczkami Międzygórza - urokliwego miasteczka. Szło się łatwo, chociaż droga ta pnie się już trochę pod górkę. Było nam gorąco. Ubraliśmy się na warunki zimowe, a tu, na dole słońce świeciło tak mocno, że byliśmy naprawdę zgrzani. Marzyliśmy o okularach przeciwsłonecznych, bo słońce odbijało się od bielutkiego śniegu i trochę raziło nas w oczy. Następnym razem będziemy mądrzejsi. Przy końcu Międzygórza szlak wchodzi w las.

Początkowo jest szeroko i łagodnie, 

czerwony szlak, początek leśnej wędrówki

by za chwilę odbić w węższą i bardziej stromą ścieżkę



na szlaku

na szlaku

na szlaku

na szlaku
na szlaku

na szlaku - widać nasze ślady, przecierające trasę

Przed nami nikt nie szedł tym szlakiem, śniegu było sporo, więc szło się dość ciężko. Momentami zapadaliśmy się w śniegu do połowy łydek i trochę trzeba było się nagimnastykować, żeby się z niego wydostać. Robiliśmy krótkie przerwy, żeby wziąć głębszy oddech, zrobić kilka zdjęć i po prostu odpocząć. Marzyliśmy, żeby dotrzeć do schroniska "Na Śnieżniku" im. Zbigniewa Fastnachta. To schronisko znajduje się w rzeczywistości ok. 25-30 minut od szczytu Śnieżnika. Gdy zobaczyliśmy na horyzoncie budynek, poczuliśmy ulgę. Ale dotarcie do niego okazało się jeszcze większym wyzwaniem niż szlak, który mieliśmy za sobą. Ostatnia prosta okazała się wielką walką. Tu z każdym krokiem się zapadaliśmy prawie po pośladki! Trochę było to nawet zabawne :-)  W końcu udało nam się usadzić pupy wewnątrz schroniska, wypić herbatę i pomyśleć czy iść dalej. Mieliśmy za sobą ok. 8 km wędrówki.
Moje endomondo w telefonie tak zarejestrowało ten fragment szlaku:

schronisko zdobyte! :D 

Miałam drobne obawy, czy uda nam się wejść na Śnieżnik. Podejście pod schronisko dało nam nieźle popalić. Zostało nam do pokonania ok. 200 m wysokości i ok. 1,5 km długości szlaku. Pokrywa śniegu może być jeszcze grubsza. Spytaliśmy więc pana w schronisku, czy da się wejść na Śnieżnik, powiedział, że bez problemu, więc ruszyliśmy. Weszliśmy na zielony szlak, który rozpoczynał się przy schronisku. Początkowo szło się łagodnie, bez problemów. Nie zapadaliśmy się... do czasu. Najpierw Mati. Bawiło mnie to niesamowicie, gdy nagle połowa jego znikała gdzieś tam w śniegu :-) Później i mnie to dopadło i już nie było mi tak do śmiechu,  bo musiałam nieraz kombinować jak wydostać nogi z głębokiego śniegu. Zapadaliśmy się nie tylko na grubość pokrywy śnieżnej, ale momentami też nieznacznie w kosodrzewinę będącą pod śniegiem. Po prostu trochę pogubiliśmy szlak i szliśmy dosłownie po kosodrzewinie pokrytej śniegiem. Z pewnością latem nie sposób się zgubić, w zimowych warunkach oznaczenia były zasypane śniegiem, skute lodem i po prostu niewidoczne. 

w drodze na Śnieżnik

w drodze na Śnieżnik

w drodze na Śnieżnik

w drodze na Śnieżnik

Idąc na szczyt również przecieraliśmy szlak będąc pierwszymi piechurami i ogólnie turystami tego dnia na tej trasie. Pogoda była cudowna, widoki kapitalne. W końcu udało nam się zdobyć wierzchołek Śnieżnika!

tak endomondo zarejestrowało naszą trasę, niestety sygnał gps złapało dopiero kilkaset metrów od schroniska


na Śnieżniku

na Śnieżniku

na Śnieżniku

na Śnieżniku

ja na Śnieżniku :-) 

widok z Śnieżnika

Tuż przed szczytem spotkaliśmy pierwszych ludzi - czeskich narciarzy. Na szczycie pojawili się kolejni narciarze i snowboardziści. Było nam już trochę raźniej. Z lekką zazdrością patrzyliśmy na tych, którzy wspinali się na szczyt mając na nogach rakiety śnieżne i nie wpadając po pas w śnieg. Na Śnieżniku zrobiliśmy przerwę na zdjęcia i drobne przekąski.  Trochę wyluzowaliśmy i włączyła nam się głupawka. Ze schroniska szliśmy na szczyt bardzo długo, bo ok. 45-50 minut. Za to zejścia okazało się ekspresowe. Dużo łatwiej się schodziło, szczególnie, że mieliśmy już wydeptaną ścieżkę. Nogi znacznie mniej się męczyły. Ogólnie było super! Wejście na Śnieżnik z kwatery w Międzygórzu czerwonym szlakiem zajęło nam w warunkach zimowych ok. 4 godzin łącznie z przerwami, odpoczynkami, pobytem w schronisku...
A zejście?

schodzimy ze szczytu

zmęczenie minęło, mogliśmy więc zachwycać się krajobrazami

głupawka

Bardzo szybko zeszliśmy do schroniska (tą samą trasą, co wchodziliśmy), tu zjedliśmy jeszcze coś energetycznego, wypiliśmy wodę i stwierdziliśmy, że nie będziemy wracać tą samą drogą, a zejdziemy do Międzygórza niebieskim szlakiem. Według mapy jest on nieco dłuższy, ale było przed 14, więc do zmierzchu powinniśmy bez problemu dotrzeć do naszej bazy wypadowej. Najpierw żółtym i czerwonym szlakiem ze schroniska dotarliśmy do Przełęczy Śnieżnickiej, a później zeszliśmy już na właściwy niebieski szlak. Z Przełęczy można zejść do Międzygórza również szlakiem zielonym (który początkowo biegnie razem ze szlakiem niebieskim), ale zostawiamy go sobie na następny raz :-) 

Z Przełęczy szło nam się nieźle. Przed nami trasę przemierzał z pewnością jakiś narciarz, co ułatwiało poruszanie się po jego śladach. Niestety odbił na szlak zielony, a niebieskiego  nikt przed nami się nie przetarł. 

fragment szlaku niebieskiego


Niebieski szlak w zimowych warunkach,  w jakich mieliśmy okazję iść, nie jest trudny, chociaż po kilkudziesięciominutowej wędrówce trochę zrobiło się nudno,  do tego śnieg trochę zmniejszał przyjemność poruszania się. Zdarzały się miejsca, gdzie dalej się zapadaliśmy, no i możecie sobie wyobrazić jak ciężko pracują nogi zakopujące się co jakiś czas w kilkunastocentymetrowe śnieżne zaspy. 

tak według endomondo wyglądało nasze zejście z samego szczytu Śnieżnika


koniec leśnej wędrówki, wchodzimy w uliczki miasteczka

Z lekką ulgą zobaczyliśmy koniec szlaku. Okazało się, że docierając do "centrum" Międzygórza mieliśmy w nogach ok. 20 km. Biorąc pod uwagę panujące zimowe warunki, mieliśmy prawo być zmęczeni. Zejście z samego szczytu zajęło nam ok. 2 godz. 20 minut (czas samej wędrówki).  
To był naprawdę cudowny dzień pełen wrażeń. Delikatna wściekłość i momentami bezradność mieszała się z wybuchami śmiechu i głupawką. Bardzo podobała mi się ta wycieczka. Zmęczeni, ale szczęśliwi poszliśmy na obiad do restauracji, w której byliśmy jedynymi gośćmi. Było smacznie i niedrogo, a zimne piwko smakowało jak napój bogów ;) 
Zasnęliśmy bardzo wcześnie,  w końcu następnego dnia czekało nas zdobywanie kolejnego (kolejnych?) szczytu (szczytów?) Korony Gór Polski - Rudawca (i Kowadła?) . O tym przeczytacie TU. Mogę Wam tylko zdradzić, że zdobywanie w zimowych warunkach Rudawca było trudniejsze niż wejście na Śnieżnik!

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa, z wyjątkiem tych, na których jestem ja ;) Jeśli chodzi o profile i trasy według endomondo, trzeba je brać "z przymrużeniem oka", bo endo lubi czasem płatać figle...

Chodzicie zimą po górach? 

#Śnieżnik #Międzygórze #KoronaGórPolski #MasywŚnieżnika

Może zainteresują Cię także inne wpisy dotyczące zimowych wędrówek po polskich górach:
Korona Gór Polski: Kowadło (wejście zimowe) dla niezmotoryzowanych + Czernica