czwartek, 17 października 2019

Rumunia (Maramuresz, Marmarosz) : informacje praktyczne - ceny, jedzenie, literatura 2019

Czas na ostatni wpis dotyczący Rumunii. Wybierającym się wkrótce do tego kraju (region Marmarosz, Maramuresz), postanowiłam przybliżyć nieco istotne kwestie i zaprezentować wskazówki, które ułatwią podróż. Przed Wami kilka (mam nadzieję) ciekawych informacji praktycznych:


Turystyka

Turystyka w Maramureszu nie jest dość powszechnym zjawiskiem. To znaczy są miejsca, w które turyści zaglądają dość często, ale przez większość czasu (przede wszystkim na górskich szlakach) zdawało nam się, że dawno nikogo tu nie było. Ludzie odwiedzają Maramuresz najczęściej przejazdem, organizują sobie objazdówki po Rumunii, zatrzymują się tu na kilka dni i jadą dalej w kierunku Bukowiny lub na południe kraju. Stąd też infrastruktura turystyczna nie jest za bardzo rozwinięta. W większych miejscowościach znajdziemy co prawda informacje turystyczne, prywatne kwatery, hotele czy kempingi (o których pisałam m.in.: TU) i pewnie w większości miejsc noclegowych z marszu znajdziemy wolny nocleg, ale nie spodziewajmy się ogromnego wyboru klimatycznych knajpek, budek z lodami, goframi, kolorowych straganów z pamiątkami czy mnogości dość komercyjnych atrakcji. Zatem Maramuresz raczej nie jest miejscem dla każdego. Jeśli jednak kochacie wypoczynek na łonie przyrody, górskie wędrówki, ciszę, spokój; jeśli lubicie cofnąć się w czasie i poczuć sielskie klimaty, jeśli przeszkadzają Wam nagabywacze przy straganach, kosmiczne ceny w europejskich kurortach, to będziecie zadowoleni z wizyty w tym miejscu. Tu turyści nie budzą wyjątkowego zainteresowania. Oczywiście w miejscach, gdzie pojawia się ich więcej (np. Bârsana, okolice Wesołego Cmentarza), miejscowa ludność zarabia na turystyce, ale przeważnie oferuje swoje towary w rozsądnych cenach. Wyjątek stanowią m.in. elementy regionalnych strojów. Kosztują sporo, jednak, jak to mówią, jest to ręczna robota. 

Ceny

Nie ukrywam, że Rumunię jako cel urlopu wybraliśmy między innymi ze względu na finanse. Jakoś póki co, ciężko jest nam wyobrazić sobie wakacje w tych droższych krajach. Rumunia pod każdym względem nas usatysfakcjonowała. Ceny zbliżone są tu do naszych. Większość artykułów spożywczych kosztuje podobnie jak te, które nabyć możemy w Polsce. Walutą Rumunii jest lej (dzieli się na 100 bani). W zależności od kursu jego wartość waha się ok. 1 zł. To znaczy, że bardzo łatwo tu wszystko można przeliczyć. 



Przykładowe ceny w 2019 r:

butelka wody 1,5-2 l - ok. 1,50-2 lei
chleb - ok. 2,50 lei
piwo 0,33l - ok. 2,50 lei
piwo 0,75l - ok. 4 lei
piwo 2,5l (plastikowa butelka) - ok. 6,50 lei
masło ok. - 5,75 lei
ser telemea - ok. 4-6 lei
zacusca (ajvar) słoik - ok. 5 lei
pizza w restauracji - ok. 20 lei (często mniej)
piwo w barze, restauracji - ok. 5- 7 lei
mamałyga z serem i skwarkami - ok. 18 lei
mici/mittitei (mięsne ruloniki) ok. 3,5 lei /1 szt.
covrig (duży precel) - ok. 1 lei
covrig polonez (nadziewany, np. z wiórkami kokosowymi) ok. 2 lei
papanasz (deser na bazie specjalnego pączka) - ok. 8 lei

Przy okazji warto wspomnieć o tym gdzie najlepiej wymienić walutę. Nam najbardziej opłaciło się wymienić w Polsce złotówki na euro. Zresztą kantorów w Poznaniu, oferujących leje  jest niewiele, a i tak kurs takiej wymiany jest bardzo niekorzystny. Euro wymieniliśmy na leje już w Rumunii, dokładnie w kantorze w Syhocie Marmaroskim. Jeden lej kosztował nas wówczas nieco ponad 90 groszy. Warto szukać kantorów z napisem "no comission" - bez prowizji i mieć na uwadze, że większość jest zamykana o godzinie 18-19. Nieco mniej opłacalne okazało się płacenie kartą (lej wyniósł nas ok. złotówki), a wypłata z bankomatu "zdarła" najwięcej po doliczeniu prowizji i kosztów przewalutowania. 


Dojazd, drogi, przejście graniczne, opłaty

Dojazd własnym samochodem dla osób z południowej Polski nie powinien stanowić większego problemu. My z Poznania mieliśmy do pokonania ok. 1100 km. Był to nasz pierwszy tak daleki wypad autem. Postanowiliśmy jechać przez Słowację i Węgry z noclegiem w Koszycach. Granicę przekraczaliśmy w Petei (Csengersima/ Petea). Trzeba przygotować się na kontrolę paszportową. Rumunia jest krajem należącym do Unii Europejskiej, jednak jeszcze nie znajduje się w strefie Schengen. Musimy więc na granicy pokazać swój paszport lub dowód osobisty, czasem dowód rejestracyjny lub inne dokumenty. Ogólnie nic strasznego, ale warto zarezerwować sobie co najmniej 30-40 minut na stanie w kolejce do odprawy. Po przekroczeniu granicy, udajemy się na pierwszą stację beznynową, żeby kupić e-rovinietę. W Rumunii jazda po wszystkich drogach jest płatna. Musimy zadeklarować od razu na ile dni chcemy kupić e-rovinietę.

Dla auta osobowego jest to koszt:

7 dni - 3 euro
30 dni - 7 euro itd. 

Na stacji bez problemu zapłacimy w euro, chociaż resztę mogą nam już wydać w lejach. 

Po szczegóły oraz możliwość zakupu e-roviniety online odsyłam na stronę: 

Musimy przyznać, że te pieniądze są obecnie bardzo dobrze wykorzystywane. Drogi w Rumunii są w coraz lepszym stanie (powstają nowe, sporo jest remontowanych). Prawda jest taka, że wielu fragmentów moglibyśmy im zazdrościć. Świeżo wyremontowana jest m.in droga na Przełęcz Pasul Prislop, będąca granicą między Maramureszem i Bukowiną i wjazd na wysokość 1400 m n.p.m. nawet starszym autkiem nie stanowi większego problemu. Zdecydowanie gorsze drogi spotkaliśmy po węgierskiej stronie. Oczywiście w Rumunii też zdarzają się dziurawe nawierzchnie, ale spodziewaliśmy się większej gemeli (po poznańsku bałaganu, kiepskiego stanu). 


Język

Język rumuński wydał mi się bardzo trudny. Mimo, że zazwyczaj radzę sobie jakoś z językami, wychwytując pojedyncze słowa, które staram się później połączyć jakoś sensownie, z językiem rumuńskim miałam niemały problem. Dla mnie jest on dość krzykliwy i głośny. Ale najgorsze jest to, że czyta się go częściowo inaczej niż się pisze. Oczywiście przed wyjazdem przewertowałam słowniczek i wydawało mi się, że załapałam kilka słówek. Rzeczywistość zdecydowanie zweryfikowała moją wymowę. Na pewno warto nauczyć się podstawowych zwrotów. 

bună dimineața (czyt. buna diminiatsa), bună ziua - dzień dobry (zdecydowanie częściej używana druga opcja, nawet wcześnie rano)
mulțumesc (czyt. mulcumesk) - dziękuję
la revedere - do widzenia (uwaga! ja przez cały czas mówiłam: ariwedere :D i rozumieli) 

Gdy witaliśmy się, dziękowaliśmy i żegnaliśmy po rumuńsku, ludzie traktowali nas bardziej przyjaźnie. Czasem po odejściu od kasy coś jeszcze mówili uśmiechając się. Mam nadzieję, że było to "zapraszamy ponownie" lub "miłego dnia" :) 

Niektórych słów szybko nauczycie się jeśli jesteście wzrokowcami. Dni tygodnia, czy godziny otwarcia i podstawowe liczebniki, nie będą problemem. Gorzej, gdy odwiedzicie knajpkę, w której menu będzie tylko w języku rumuńskim, a obsługa nie powie słowa po angielsku, niemiecku.
Co nam zostanie? Język migowy ;-) Zdarzało nam się także tłumaczyć niektóre słowa w tłumaczu google (gdy nie znaleźliśmy ich w naszym mikroskopijnym słowniczku). Czasem szukaliśmy też zdjęć potraw, rozkminiając później poszczególne składniki. Kiedy już naprawdę nam nie szło dogadywanie się, przetłumaczyliśmy w google translatorze zdanie z polskiego na rumuński i puściliśmy dźwięk (czytanie ;)) . Udało się! Cel został osiągnięty! :) 


Jedzenie

Rumuńska kuchnia nie kojarzyła mi się z żadnym tradycyjnym specjałem. Przed wyjazdem poszperałam trochę i poszukałam czego będziemy mogli spróbować. No bo jak już się jedzie do innego kraju, regionu, to warto zawsze skosztować czegoś lokalnego, czego na co dzień w  domu się nie zje. Na uwagę na pewno zasługują: 

- plăcintă, a więc smażone placuszki z ciasta drożdżowo-naleśnikowego z nadzieniem z sera, jajka, ziemniaków, pieczarek itp. Nam do gustu tak bardzo przypadły te z serem (cu branza), że żadnych innych nie chcieliśmy już próbować. Najczęściej można je kupić w niewielkich budkach za ok. 3-4 lei / szt. 

- mamałyga (w menu można znaleźć angielską nazwę polenta) czyli drobna kasza kukurydziana, która często podawana jest zamiast ziemniaków jako dodatek do dania głównego. Można ją także zjeść jako samodzielne danie. Wówczas warto wybrać np. mamałygę z serem i skwarkami (mamaliga cu branza si jumari). Mnie to danie smakowało bardzo, przypominało w smaku trochę słowackie haluszki. Polacy, których poznaliśmy w Rumunii, jedli "gołą" wersję mamałygi i nie byli zachwyceni.  Ale podobno dostać ją można także m.in w wersji ze śmietaną, jajkiem sadzonym, sosem czosnkowym, w formie zapiekanki czy na słodko. 

- mici (mititei) - niewielkie grillowane wałeczki z mięsa mielonego (czasem baraniego), często sprzedawane na sztuki. Niby nam smakowały, chociaż raz trafiliśmy na nieco zwęglone, a raz na bardzo nasączone tłuszczem (pewnie były odsmażane)

- sarmale , a więc mini gołąbki, owijane w liście kapusty lub winogron. W skład farszu wchodzą mięso, ryż, ale czasem też grzyby lub słonina. Miałam ogromną ochotę ich spróbować, ale gdy raz udało mi się znaleźć je w menu, okazało się, że się tego dnia już skończyły. No cóż, spróbuję chyba sama zrobić je w domu. Nawet znalazłam już przepis u samego Makłowicza! Będę musiała go jednak zmodyfikować, bo ciężko będzie mi znaleźć w sklepach liście winogron...

- ciorba de burta, czyli "zupa z brzucha", a więc rumuńskie flaki. Podobno ma swoich zagorzałych fanów, ale też przeciwników. Mnie takie specjały nie rajcują, więc nie próbowałam, ale poznanym Polakom jednak zupa z brzucha nie przypadła do gustu. 

- papanasz - mniam mniam! Rodzaj deseru, którego bazą jest pączek serowy. Na nim wylądował mały pączuś. Całość zalana pyszną śmietaną, sosem owocowym (u nas z jagodami) i posypana cukrem trzcinowym. Przyznam szczerze, że smakowało mi to bardzo. Po pierwszej degustacji, musiała nastąpić kolejna :) Pyszny deser, którego łasuchy powinny spróbować (koszt ok. 8 lei):


- covrigi - precle dostępne w małych budkach z pieczywem. Posypane sezamem, makiem, solą lub nadziewane. Fajna przekąska, zbliżona trochę smakiem do naszych rogali. Koszt ok. 1-2 lei

Będąc w Rumunii, warto spóbować rozmaitych serów. Sporo dostępnych jest nawet w zwykłych marketach. Mnie zachwyciły sery telemea. Smakiem przypominają ser feta. Dostępne w wariantach krowich, owczych, kozich i mieszanych. Smaczne też są sery typu kaszkawał, więc próbujcie do woli. Na pewno znajdzie się coś, co zachwyci Was smakiem. Owoce i warzywa można często kupić przy ulicy. Są miejscowości, wzdłuż ulic których ustawiają się niewielkie stragany, oferujące warzywa z ogródka czy własne przetwory czy inne domowe wyroby. 

Alkohol

Co ciekawe nawet przy drodze można nabyć alkohol własnej roboty. W zależności od regionu nazywany jest palinką, horinką lub Țuicą. To nic innego jak pędzony z owoców bimber o zawartości alkoholu powyżej 50%. Podobno w Rumunii produkcja własnego alkoholu w dużej ilości jest legalna (na swój użytek). Niby nie można go sprzedawać, ale chyba przymyka się na to oko. Palinka sprzedawana jest w plastikowych butelkach po coli, wodzie. Za półlitrową butelkę trzeba zapłacić ok. 12-20 lei. Ceny piwa znajdziecie powyżej w sekcji ceny. Ogólnie alkohol (poza piwem) w porównaniu do polskich warunków  jest trochę tańszy. Zarówno ten kupowany w sklepie, jak w lokalach. Warto spróbować rumuńskich win, a smakosze mocniejszych trunków mogą sięgnąć po rumuński winiak Alexandrion. W Cafe Barze serwującym głównie alkohol, za 100 ml płaciliśmy zaledwie 10 lei. 

pamiątki z podróży ;) wśród alkoholi z Rumunii, także produkty słowackie i węgierskie


Mapy i literatura, aplikacje na telefon

Moim podstawowym źródłem wiedzy o północnej Rumunii, jest przewodnik wydany przez Oficynę Wydawniczą "Rewasz" - Przewodnik po północnej Rumunii Bukowina Maramuresz - Stanisław Figiel, Piotr Krzywda (Pruszków 2014). Autorzy opisują szczegółowo historię , geografię, kulturę. Dużo miejsca poświęcają atrakcjom poszczególnych miejscowości. Atutem publikacji jest również opis kilkunastu szlaków w kilku pasmach górskich Maramureszu i Bukowiny. Znajdziemy tu także garść informacji praktycznych (niestety niektóre się zdezaktualizowały) , mini słowniczek i rozdział o kulinarnych przysmakach. Przed wyjazdem szukałam także informacji na innych blogach podróżniczych. Niestety tym razem nie polecam travelbooka, mojego ulubionego wydawnictwa podróżniczego Bezdroża. "Transylwania i Marmarosz", bo o nim mowa, skupia się głównie na Transylwanii. O Maramureszu jest zaledwie dwadzieścia kilka stron i chociaż napisane ciekawie, to trochę za mało... 
Jeśli chodzi o mapy, to jestem zwolenniczką korzystania z papierowych , bez takich nie wybieram się w ogóle w góry. Przed wyjazdem kupiłam dwie mapy: Maramuresz (Maramuresului). Mapa turystyczna 1:65 000 (wydawnictwo  Schubert&Franzke) oraz Bukowina i Maramuresz. Góry Rodniańskie. Laminowana mapa samochodowo-turystyczna. (TerraQuest). Ta pierwsza jeszcze jakoś zdała egzamin w terenie, natomiast druga okazała się zbyt mało dokładna (kiepska skala - 1:250 000 region + Góry Rodniańskie 1:75 000). Jakość i częstotliwość oznakowania szlaków w górach Maramureszu daleka jest od ideału, więc wielokrotnie musieliśmy się wspomagać aplikacjami w telefonie. Maps 3D, Locus Map, mapy.cz - te aplikacje sprawdzają się bardzo dobrze w terenie. Trzeba mieć jednak połączenie z internetem lub wcześniej ściągnąć wybrany fragment mapy. Podczas planowania tras, przed wyjazdem, bardzo często korzystam ze strony mapa-turystyczna.pl, jednak na razie szlaki na tej stronie nie obejmują Rumunii. Powyższa strona ma też taką wadę, że podczas planowania, uwzględnia tylko znakowane szlaki turystyczne. Nieco bardziej rozbudowana pod tym względem (chociaż trochę trudniejsza w obsłudze, jak dla mnie)  jest witryna mapy.cz (w języku czeskim). Przed wyjazdem, właśnie dzięki niej zaplanowałam górskie trasy, które w większości zrealizowaliśmy. 

Poniżej linki do wszystkich wpisów, dotyczących Rumunii, które znajdziecie na blogu: 
Jeśli macie jakieś pytania, możecie śmiało zadać je w komentarzu :-)

wtorek, 15 października 2019

Rumunia: Góry Marmaroskie, Góry Maramureskie: na najwyższy szczyt - Fărcăul Farcaul


To miała być wisienka na torcie. Szczyt, u stóp którego spędzimy noc w namiocie. Mimo wszystko trochę się wahaliśmy, a najwięcej wątpliwości miałam ja. Dzikie góry, w których podobno bardzo często można spotkać niedźwiedzia. Nawet przypadkowo spotkana kobieta, mówiła, że w Górach Marmaroskich dość licznie występują te wielkie ssaki. Ostatecznie dość niepewna prognoza pogody utwierdziła mnie w przekonaniu, żeby wejść na Fărcăul i zejść z niego jednego dnia, bez noclegu w górach. Teraz wiem, że była to nie do końca przemyślana decyzja, bo mogliśmy przeżyć coś naprawdę niezwykłego. Pogoda była całkiem niezła, a  7 stopni w nocy było nieraz i nie dwa, gdy spaliśmy w namiocie.

Budzimy się wcześnie rano. Dookoła nas gęsta mgła. Mimo to szybko szykujemy się do wyjazdu. Przed nami ok. 50 km drogi autem z Bârsany do Repedei. Trasa wyznaczona przez nawigację nie napawa optymizmem. Skróty wydają się prowadzić dość zadupiastymi dróżkami, mimo to ryzykujemy. Nie jest źle. W zasadzie tylko przez krótki odcinek jedziemy szutrową drogą. Częste podjazdy i zjazdy serwują nam bardzo widowiskowy spektakl z piękną grą światła, promieni, mgieł i chmur... 



Docieramy do Repedei. Jedziemy asfaltem wzdłuż szlaku znakowanego niebieskim paskiem, żeby mieć mniej do drałowania. Droga się kończy, parkingu brak. Miejscowi na migi pokazują nam, że dalej nie możemy jechać i każą zawrócić. Nie chcemy parkować przy dość wąskiej drodze, bo w głowie mamy historię pewnego Polaka, któremu odholowali auto, zobowiązując go do zapłaty słonego rachunku za tę usługę. Mati namierza jakiegoś gościa i pyta, czy możemy zaparkować u niego na posesji. On przekazuje pytanie (chyba) swojej mamie, która zgadza się bez najmniejszego problemu. Sympatyczna pani ma raczej ukraińskie korzenie, więc o wiele łatwiej jest nam się z nią porozumieć. Chwilkę z nią rozmawiamy. Pytamy ile płacimy za parking. Ona niczego od nas nie oczekuje. Mam wrażenie,  że chwila rozmowy była dla mniej bardziej cenna niż plik banknotów. Powiedziała nam, że możemy iść w góry na kilka dni i zostawić u niej auto. Zaproponowała nam także, że możemy rozbić namiot u niej w ogródku i przenocować. Byliśmy w szoku.
W końcu ruszamy w trasę. Przed nami dwadzieścia kilka kilometrów wędrówki. Trochę czasu na to zejdzie. Docieramy do miejscowych, którzy kazali nam autem zawrócić. Zagadują nas, pytają dokąd idziemy. Jeden z nich chce powiedzieć ile kilometrów jest do szczytu. Liczy na palcach i głośno po angielsku. Twierdzi, że "five kilometres" i jesteśmy na górze. Wiemy jakie dalekie to jest jednak od prawdy... 
Mijamy panów, przechodzimy przez mostek i od razu zaczynamy iść pod górę. Do pokonania mamy ok. 1500 metrów wysokości. To całkiem sporo, mniej więcej tyle co z Palenicy Białczańskiej na Rysy, a nasz Fărcăul ma niecałe 2000 m n. p.m. Trasa początkowo biegnie lasem. Nie jest arcyciekawa. Sporo tu błota. Momentami droga jest bardzo rozjechana przez quady, samochody terenowe, bo jazda nimi nie jest tu zabroniona. 


Gdy jesteśmy w trasie od ok. 1,5h mija nas ekipa , z którą rozmawialiśmy na dole. Jazda takim wehikułem to pewnie dla nich codzienność, dla nas byłaby niemałą atrakcją. 

ekipa miejscowych mknie pod górę

Panowie skręcają z naszej trasy, a my za moment wychodzimy z gęstego lasu. 


Wychodzimy na polanę z szałasami pasterskimi. Niestety ich otoczenie wygląda fatalnie. Dawno w  górach nie widziałam tyle śmieci. Aby nie psuć wrażenia tej trasy, nie będę publikować zdjęć tego bajzlu. Zamiast tego macie wygrzewającą się jaszczurkę ;) 


Wygodna trawiasta droga ustępuje wkrótce miejsca kamieniom, które początkowo są dość uciążliwe, jednak szybko zostają w tyle. 


Przy szlaku  pasą się konie... 


Z daleka widzimy niewielkie gospodarstwo. W pobliżu pasą się owce, są też świnie, kury, dwa byki... Po minięciu tych zabudowań wkroczymy do prawdziwie górskiego królestwa. Ale najpierw musimy się trochę namęczyć.  Trzeba zyskać jeszcze troszkę wysokości. 


zabudowania ze zwierzętami gospodarskimi



Po minięciu powyższej tabliczki z nazwą szczytu (Vârful Pietriceaua), oczom naszym ukazuje się cel wędrówki, najwyższy szczyt Gór Marmaroskich - Fărcăul. 


Po lewej stronie też robi się bardzo ciekawie. To szczyty blisko granicy z Ukrainą, w tym mój upragniony Pop Iwan Marmaroski, którego niestety w tym roku nie udało się nam zdobyć. 

widok na pasmo graniczne

Wychodząc na rozległe połoniny mamy wrażenie, że oznaczenia trasy stały się zdecydowanie rzadsze. Ciężko nam je odnaleźć. Momentami błądzimy, próbujemy się zorientować w terenie przy pomocy aplikacji w telefonie. Ścieżek dookoła całkiem sporo, jednak naprawdę trudno podjąć decyzję, którędy iść, którędy prowadzi właściwa droga. 



Fărcăul

Albo aplikacja powariowała, albo szlak zarósł, albo zmieniono jego  przebieg. Nie wiemy. W pewnym momencie idziemy stromo pod górę przez grząskie krzaki jagód. Nie jest to ani wygodne, ani przyjemne. Ale udaje nam się w ten sposób dotrzeć to nieco szerszej drogi. Po jakimś czasie, po prawej stronie coraz lepiej widać Mihailecul (1918 m n.p.m.), jeden z najwyższych szczytów Gór Marmaroskich. Tuż pod jego wierzchołkiem zauważamy pasące się konie. Trochę nas to smuci, bo boimy się, że nad Jeziorem Vinderel (nad którym przeważnie można je spotkać) ich już nie będzie. 


Mihailecul

Na szczęście kilka chwil później podbiega do nas kilka osobników. Wspaniałe uczucie! Jesteśmy zachwyceni!





Jest ich mnóstwo! Czegoś takiego jeszcze nie przeżyliśmy. 





W świetnych nastrojach docieramy do jeziora Vinderel, nad brzegiem którego chcieliśmy wcześniej spędzić nocleg w namiocie. Tu teoretycznie kończy się znakowany niebieskim paskiem szlak. Ale w Górach Marmaroskich, Rodniańskich można chodzić poza znakowanymi trasami. Można także spać w górach, rozbić namiot i biwakować (ogólnie rzecz biorąc wszędzie, poza rezerwatami). Na Fărcăul od jeziora prowadzi bardzo oczywista ścieżka. Widać na niej ślady opon. Z tego, co naczytałam się z internecie wynika, że niektórzy na sam szczyt wjeżdżają quadami lub terenowymi motocyklami i , jak już wspomniałam, jest to dozwolone. 

Jezioro Vinderel i Fărcăul


kijanki w Jeziorze Vinderel

Podejście na najwyższy szczyt Gór Marmaroskich od Jeziora powinno nam zająć ok. 45 minut. Momentami jest stromo, ale raczej nie trzeba lądować na czterech łapach ;-) Warto rozglądać się dookoła, bo krajobrazy są przepiękne!


Mihailecul i Jezioro Vinderel


podejście na Fărcăul

konie na zboczach Mihailecul



pasmo graniczne

Mihailecul (z lewej), jezioro Vinderel się schowało...


Na szczycie robimy sobie dłuższą przerwę. Widoki kapitalne, jest ciepło, szczytu nie dzielimy z nikim innym! Turystów brak, rozkoszujemy się chwilą w tak pięknym miejscu. 

panorama ze szczytu

panorama ze szczytu

widoki ze szczytu, z lewej "kocioł" Popa Iwana Marmaroskiego


Pop Iwan Marmaroski




Wracamy do jeziora tą samą drogą (ok. 30 minut). Konie rozeszły się na boki. Na szczęście z góry widzimy, gdzie aktualnie się znajdują.




Podchodzimy nieco bliżej, ale nie tak blisko, by je spłoszyć. Chłoniemy jeszcze chwilę ten niecodzienny dla nas widok i ruszamy dalej, z nadzieją, że drogę powrotną pokonamy bez błądzenia, zgodnie z oznaczeniami szlaku. 








Wtedy zauważamy jedynego tego dnia turystę, który właśnie schodzi z Mihailecul . 


Naprawdę nie chciało nam się wracać na dół,  do auta. Tej wędrówki nie zapomnę do końca życia. Z wielkim żalem żegnamy boski widok z domiunującym najwyższym szczytem Gór Marmaroskich. 



Początkowo idziemy raczej zgodnie z oznaczeniami szlaku, później znów go gubimy. Co jakiś czas widzimy tyczki, które być może stanowią punkty orientacyjne podczas zimowych wejść. Postanawiamy iść wzdłuż nich. Co jakiś czas widzimy nawet oznakowania szlaku, później gdzieś uciekają nam w bok. Najważniejsze, że kierunek, który obraliśmy jest właściwy i udaje nam się dotrzeć do miejsca, które znamy z podchodzenia. 


Oczywiście zdarza nam się iść poza ścieżkami, ale gdy jesteśmy zorientowani mniej więcej gdzie znajduje się nasz punkt pośredni, nie boimy się zaryzykować. Przy tabliczce z nazwą szczytu Vârful Pietriceaua, kończą się piękne widoki w kierunku Fărcăul jak i pasma granicznego. Schodzimy stromo w kierunku małego gospodarstwa, które mijaliśmy kilka godzin wcześniej. 

Vârful Pietriceaua - nasz punkt pośredni

Dalej pasą się tu owce, które gdy nas dostrzegają, zwiewają z głośnym bekiem na tyły drewnianej chatki. 


Wracamy do samochodu tą samą drogą, jedynie z jednym niewielkim obejściem alternatywną wersją szlaku. Idzie się przyjemnie, chociaż zmęczenie daje się już we znaki. Poniżej trasa i profil jaką zarejestrował mój zegarek. 

źródło: endomondo.com

Dystans ok. 22,5 km/ czas przejścia (bez przerw i odpoczynków) ok. 8:15 h. 

Trzeba jednak mieć na uwadze, że auto postawiliśmy u miłej pani w ogródku (więc podjechaliśmy jakieś 2-3 km asfaltem bliżej wejścia w las). Trasę na Fărcăul, według mapy, można także poprowadzić w postaci pętli. My już nie chcieliśmy kombinować i wydłużać sobie drogi. Te 22 km  i podejście ok. 1500 w górę ładnie nas sponiewierało, ale warto było! 
Gdy byliśmy już na asfalcie czuliśmy się obserwowani przez policyjny patrol. W końcu odezwali się do nas po rumuńsku - "bună ziua!". Gdy odpowiedzieliśy tym samym, stracili zainteresowanie nami ;) 
Po powrocie na kemping tradycyjnie sięgnęliśmy po złocisty napój, by uczcić przepiękny dzień w górach. 


Później zorganizowaliśmy sobie iście królewską kolację ha ha ha!
No co? Winko jest? Świece są? Elegancko 👌