wtorek, 24 lipca 2018

Słowacja: Pola namiotowe i kempingi w słowackich górach cz.2 (Camping Dunajec/Rackova Dolina ) kempingi na Słowacji

Ze statystyk bloga, widzę, że wpis Słowacja: Pola namiotowe i kempingi w słowackich górach cieszy się ogromnym powodzeniem. Sama przed wyjazdem szukałam informacji o tym gdzie się znajdują, czy funkcjonują oraz jak mniej więcej wyglądają. Niestety niewiele udało mi się znaleźć. Postanowiłam więc podzielić się swoimi wrażeniami z pobytu na słowackich kempingach. Dziś opiszę kolejne dwa:

Bardzo specyficzny kemping. Wjazd do niego znajduje się przy pensjonacie Pltnik. W budynku pensjonatu znajduje się zresztą recepcja kempingu. Ceny standardowe, ani wysokie ani niskie. Zaskakujące jednak było dla nas to, że nie chcieli zobaczyć naszego dowodu osobistego, rejestracyjnego - niczego! Żadnego dokumentu! Nie otrzymaliśmy również żadnej zawieszki na namiot. Przez cały pobyt mieliśmy wrażenie, że nikt nie interesuje się tym, kto ile czasu i w jaki sposób tu przebywa. Płacimy, dostajemy kopię wypisanego świstka bez danych. Tak to wygląda.
Kemping położony jest nad samym Dunajcem, więc od wczesnych godzin porannych możemy oglądać z namiotu płynących tratwami, kajakami i innymi jednostkami pływającymi ;) Po drugiej stronie Dunajca - nasza ojczyzna. Sanitariaty bez szału, ale podczas kilkudniowego pobytu idzie się przyzwyczaić. Prysznice dla pań i panów są po dwa (osobne wejścia). Na szczęście bezpłatne. Nie wiem jak sprawa wygląda do końca z kibelkami, ponieważ codziennie ok. 8 rano pojawiała się metalowa skrzyneczka z napisem wc - 30 euro centów. Spodziewam się, że nie dotyczyło to jednak mieszkańców kempingu, a osoby, które spływały Dunajcem ze strony słowackiej (kilkaset metrów od kempingu znajduje się centrum spływów oraz wypożyczalnia sprzętu wodnego ze słowackiej strony).

kempingowe życie ;) 

Ogniska można palić, jednak podobno wymagana jest zgoda obsługi, ale w praktyce skoro mają w nosie przebywających, chyba nikt o to nie dbał. Do dyspozycji gości jest również kuchnia, w której znajduje się m.in. kran z pitną woda. Z drogi do sanitariatów i kuchni, w pogodne dni, widać nawet Tatry ;) 

W pensjonacie Pltnik działa restauracja, z której jednak nie skorzystaliśmy. Polecamy za to bar u Omka, znajdujący się niecały kilometr od kempingu, idąc w stronę centrum Czerwonego Klasztoru (trzeba skręcić w prawo za Kościołem Ewangelickim, w drogę 3113 - liczne szyldy Was pokierują na właściwe miejsce). Podają całkiem niezły wyprażany syr i mają tanie lane piwo (0,90 euro/0,5l Kozla). 
Z kempingu do Sromowiec Niżnych, po polskiej stronie, jest ok. 1,7 km (musimy przejść kładką nad Dunajcem). Sromowce Niżne są idealnym miejscem wypadowym na Trzy Korony, czy startem Spływu Dunajcem - polecamy właśnie z polskiej strony (dlaczego, dowiecie się wkrótce).

widok z namiotu na Dunajec podczas burzy :) 

Podsumowując - fajny camping, w fajnym miejscu, ale trzeba się liczyć z tym, że każdy może tu wejść i wjechać bez najmniejszego problemu. 

Dla spragnionych internetu - na campingu działa polski internet LTE :P 

I co jeszcze ważne - w pobliżu 2 słowackie sklepy spożywcze, w tym jedna "hurtownia alkoholowa". Po polskiej stronie mały sklepik z warzywniakiem oraz kilka straganów z pamiątkami oraz lodami włoskimi, goframi, piwem itp. 


Na tym  kempingu chciałam nocować już od dawna. Od lat kusiły mnie słowackie Tatry Zachodnie. Podobno w okolicy znajduje się kilka mniejszych kempingów, jednak właśnie Raczkową Dolinę miałam na celowniku od ładnych paru lat. Położony na lekkim zadupiu, chociaż jego najbliższe otoczenie stanowią mniej lub bardziej rozlatujące się chatki, ale też nieco nowocześniejsze hotele, pensjonaty i ośrodki. Nie wyobrażajcie sobie jednak nie wiem jakiej miejscówy turystycznej. Bardzo spokojna okolica, a wszystkie obiekty rozsiane są w lekkich odległościach od siebie. Powstają też nowe zabudowania. Jedyny hałas, który dla niektórych może być uciążliwy to ciężkie auta zwożące z gór powalone drzewa. Wycinka trwa, więc materiału zwożą obecnie bardzo dużo i często.
 Pierwsze, co rzuca się w oczy gdy już skręcimy w stronę kempingu, to dziurawa droga dojazdowa. Ja, jako bardzo kiepski kierowca, pewnie zaliczyłabym każdą japę, ale mój Mati, dzielnie przejeżdżał ten slalom wielokrotnie. Z głównej trasy ok. 3-4 km. Jedziemy dziurawą jak szwajcarski ser trasą, aż z prawdziwą ulgą docieramy do recepcji kempingu Raczkowa Dolina. 
Tu już proszą o nasze dokumenty, po polsko-słowacku idzie się dogadać, ale ostatniego dnia naszego pobytu przeszliśmy na angielski i było jakoś łatwiej ;) 



Ceny dość niskie. Za ciut ponad 10 euro śpimy w namiocie w dwie osoby i parkujemy na terenie kempingu auto. Dodatkowo płatny jest prąd, ale można bez problemu ze skrzynki bezpośrednio podładować telefon czy powerbanka. Chociaż może to taka mała kradzież ;) 
Kemping jest położony w naprawdę uroczym miejscu - praktycznie w lesie.  Ponad namiotami wznoszą się wysokie drzewa iglaste z szyszkami - czasem można z nich oberwać ;) Do 22 na terenie kempingu  czynna jest restauracja, ale ostatnie zamówienia jedzenia przyjmowane są chyba do 20:15. No i mamy ten słynny sklepik. Ceny w nim są standardowo wyższe niż kilka kilometrów dalej, ale najważniejsze jest to, że działa od poniedziałku do piątku w godzinach od 7-10!!!!
Warto wiedzieć, że zdarzają się braki w asortymencie, np. koło 9 nie dostaliśmy już pieczywa i musieliśmy podjechać do Przybyliny - to ok. 4-5 km. Bo właśnie tam znajdują się najbliższe "normalne" sklepy. Jest "Coop Potraviny" czynny w bardzo specyficznych godzinach i sklep przy ul. Dr. Jána Lajčiaka, wyglądający nieco podejrzanie, ale całkiem nieźle zaopatrzony. Nawet w niedzielę można zrobić w nim zakupy (chociaż w tygodniu czynny jest krócej). A na kempingu w restauracji można z kolei najeść się nieźle za 4 euro. Na każdy dzień ustalane jest menu (zupa + danie główne) właśnie w tej cenie. Mamy jednak wrażenie, że porcje za 4 euro są jakieś mniejsze. W restauracji napijemy się również piwa - Złoty Bażant (1,40 euro) oraz kraftowe piwo Tatras (1,80 euro)
Kemping jest świetną bazą wypadową w Tatry Zachodnie (szczególnie rejon Doliny Jamnickiej, Raczkowej, Barańca oraz Otargańców). W pobliżu biegnie też czerwono znakowana trasa Tatrzańskiej Magistrali. 

Kemping Rackova Dolina... z widokiem na Otargańce
Jeśli chodzi o sanitariaty... Znajdują się w dwóch miejscach... Te znajdujące się w dole kempingu są  stare i w zdecydowanie gorszym stanie (ale jest ich więcej). Te wyżej (ponad restauracją i chatą Jakubina) stanowią małą chatkę, w której są umieszczone po dwie toalety (damskie/męskie) oraz po jednym prysznicu (na szczęście z ciepłą wodą). Budynek jest nowy, lub po prostu odnowiony, dzięki temu poranna toaleta lub prysznic nie są straszne. Na terenie kempingu działają także budynki przypominające pensjonaty (np. wspomniana przed chwilą Chata Jakubina, na tyłach której można nabrać pitnej wody). Ogniska można rozpalać, co też sporo ludzi czyniło. Materiału do palenia jest sporo, znaleźć go można na terenie całego kempingu, ale głównie na obrzeżach. Żal było stamtąd wyjeżdżać. Wkrótce dowiecie się, które szlaki udało nam się przejść nocując w tym miejscu :)


poniedziałek, 23 lipca 2018

Gorce: schronisko na Turbaczu, Kudłoń, Gorc Troszacki (Korona Gorców) - Nowy Targ (Kowaniec)



Mnogość szlaków turystycznych prowadzących ze schroniska na Turbaczu może zawrócić w głowie. Ciężko się na coś zdecydować, mając do wyboru tyle atrakcyjnych kierunków.
Tym bardziej, jak jest się w Gorcach pierwszy raz...
Razem z Mateuszem, postanowiliśmy zdobyć Kudłoń, czwarty, pod względem wysokości szczyt Gorców...

Poranek obiecywał piękne widoki. Słoneczko świeciło, jednak Tatry były nadal niezupełnie widoczne. Postanowiliśmy ze schroniska wejść na Turbacz, a następnie z Turbacza zejść trasą rowerową do żółtego szlaku, prowadzącego na Kudłoń. 

Schronisko na Turbaczu

widok na Tatry ;) 

na Turbaczu

Zejście w kierunku Rabki

Z Turbacza zaczęliśmy więc schodzić w kierunku Rabki Zdrój. Gdy zejście robiło się coraz bardziej strome, a rowerowego szlaku nadal nie było widać, postanowiliśmy dłużej go nie szukać , wrócić na Turbacz i rozpocząć właściwą wędrówkę jednak sprzed schroniska (żółty kolor szlaku). 
Po deszczach dnia poprzedniego, na szlaku było bardzo błotniście. Widzieliśmy sporo śladów, pasących się wyżej, owiec w postaci odcisków ich kopyt i mniej "apetycznych" pozostałości. Jednym słowem trzeba było uważać na błoto i "ciemniejsze błotko" ;) Po krótkiej chwili zejścia od schroniska widzimy rowerówkę, do której powinniśmy zejść z Turbacza. Nasza trasa dość szybko wychodzi teraz  z lasu, przenosząc się na rozległą łąkę z małym ołtarzykiem. To znak, że znajdujemy się na Hali Turbacz. Podobno wiosną kwitną tu krokusy. Z pewnością są podziwiane przez mniejszą publiczność niż te w tatrzańskiej Dolinie Chochołowskiej, ale gdybym miała po raz pierwszy podziwiać "fioletową łąkę", chyba wybrałabym się właśnie na Halę Turbacz. 

Ołtarz na Hali Turbacz/ widzicie pieska? ;)

Wróćmy do ołtarza. Postawiono go tutaj w roku 2003. Wcześniej znajdował się tu szałas pasterski, w którym,  w 1953r.  mszę odprawił Karol Wojtyła (źródło: wikipedia.pl).
Idziemy chwilę tą łąką, zbierając na spodniach krople deszczu z wysokich traw, następnie odbijamy lekko w prawo (wciąż zgodnie z żółtymi znakami; zielony i niebieski szlak odbija w tym miejscu w lewo), wchodząc z powrotem do lasu. Nie dzieje się tam nic specjalnego. Wędrujemy góra- dół, takim pofalowanym terenem. Więcej oczywiście schodzimy. W kilku miejscach usytuowano drewniane belki, które po deszczu były dość śliskie. Warto więc zachować ostrożność. Ostatnim lekko stromym zejściem po ok. godzinie od schroniska, docieramy do Przełęczy Borek. Znajdujemy się już grubo ponad 200 metrów niżej niż schronisko na Turbaczu.


Dalej idziemy łagodnie pod górę. Pojawiają się krzewinki pełne soczystych jagód. To i zbieraczy nie brakuje. Wydaje nam się, że już za chwilę będziemy na Kudłoniu. Najpierw musimy jednak zdobyć szczyt Pustaka (1230 m n.p.m.), w pobliżu którego krzyżuje się nasz żółty szlak z czarnym. Stąd po kilkunastu minutach znajdziemy się na kolejnym rozwidleniu. 


Czarny szlak, który w okolicy Pustaka dołączył do nas z lewej strony, odbija w końcu znów w lewo (m.in. do Lubomierza). Żeby zdobyć Kudłoń, musimy na chwilę na niego wejść. Po kilku krokach, pomiędzy drzewami, z lewej strony (czarnego) szlaku zobaczymy krzyż. W tym miejscu mój zegarek (wyjątkowo ;) ) wskazał idealnie wysokość Kudłonia  - 1274 m n.p.m. Stąd szlak czarny wyraźnie biegnie w dół. 

Kudłoń

Na Kudłoniu meldujemy się po ok. 2 h wędrówki ze schroniska (to ok. 7 km drogi). Dalej cofamy się do żółtych znaków. Nie chcemy co prawda wracać tą samą drogą, mamy zamiar zdobyć jeszcze jeden szczyt z Korony Gorców - Gorc Troszacki, a następnie niepełną pętelką wrócić pod Turbacz.


 Idziemy więc dalej żółtym szlakiem. Po kilkunastu minutach docieramy do skrzyżowania ze szlakiem zielonym. Z daleka widać jednak tablicę informacyjną, wskazującą, że właśnie zdobyliśmy kolejny ze szczytów należący do Korony Gorców - Gorc Troszacki - 1235 m n.p.m. 


Tablica znajduje się nieco za skrzyżowaniem ze szlakiem zielonym, do którego ostatecznie wracamy. Łagodnie schodzimy. Idzie się dość przyjemnie. Na końcu zielonego szlaku spotykamy się z drobnymi wywijasami - szlak stanowi zygzakowata ścieżka, bardzo dobrze oznaczona. Wreszcie nasza trasa krzyżuje się ze znakami niebieskimi. Odbijamy ostro w prawo i idziemy bardzo przyjemną ścieżyną wnosząc się nieznacznie aż do przełęczy Borek. Krótko przed dotarciem do niej musimy przejść ciekawym mostem nad rwącym potokiem. Z Przełęczy Borek wracamy do schroniska znaną nam już ścieżką (zmiana znaków na żółte), dla urozmaicenia teraz nieco w górę. Niestety na tym etapie zaczęło kropić.  Myśleliśmy, że to przelotne opady, niestety dotrzymywały nam kroku aż do schroniska. Widoczność zerowa, przyjemność wędrówki również znacznie zmalała. 


Zatrzymujemy się w schronisku, by trochę się rozgrzać. Pochłaniamy zupę z proszku, kto może spożywa piwko ;) Wrzątek w schronisku jest bezpłatny, właściwie obowiązuje samoobsługa - na piętrze znajduje się kuchnia z elektrycznymi czajnikami. Lepiej mieć jednak swoje naczynia, ale w razie potrzeby obsługa użycza kubków należących do schroniska. Na czas "posiłku" zanosimy nasze kurtki do suszarni w piwnicy schroniska. Niestety nawet trochę nie udało nam się ich podsuszyć. Mokre zakładamy na siebie i rozpoczynamy schodzenie do Nowego Targu/Kowańca, a więc miejsca, gdzie zostawiliśmy nasz samochód dzień wcześniej (Turbacz z Nowego Targu/ Kowaniec/Oleksówki). Żeby nie było nudno, skoro dnia poprzedniego wchodziliśmy zielonym szlakiem, tym razem wybieramy żółty szlak ze schroniska, który doprowadzi nas do miejsca docelowego. Szlak zalany jest błotem ;) Nas jednak już nic nie zraża. Cieszymy się, że przestało padać. Niedługo od rozpoczęcia schodzenia, dochodzimy do Kaplicy Papieskiej. W określone dni odprawiane są tu msze święte. Po szczegóły odsyłam na stronę schroniska: Msze święte.
Dalej brniemy w błocie, szerokimi i węższymi ścieżkami. Znów pojawiają się krzewy jagód.


Pojawiają się też ciemne chmury, które zwiastują ulewę. Na szczęście poważniejsze deszcze przechodzą bokiem. W końcu naszym oczom ukazują się upragnione Tatry! 


Nieśmiało, zza chmur spoglądają na nas, ale brakuje im chyba odwagi, by pokazać się w pełnej krasie. Kontynuujemy schodzenie, chłonąc wzrokiem piękne gorczańskie krajobrazy...


Po ok. 7,5 godzinach od wyjścia na szlak (łącznie z błądzeniem na Turbaczu), meldujemy się przy aucie. W nogach mamy 29 km. To była przepiękna gorczańska wędrówka, urozmaicona nieco nieprzychylną pogodą. Mimo to, będziemy ten dzień wspominać bardzo miło :) 


Pakujemy się do auta, robimy drobne zakupy i jedziemy do Dziadowych Kątów, a więc miejscowości u stóp gorczańskiego Lubania. 

29 km w nogach ;) 

Nocleg w obiekcie "Wypoczynek u Gosi" zaliczamy do wyjątkowo udanych. W naprawdę atrakcyjnej cenie (70 zł/ doba/ 2 osoby) znaleźliśmy wszystko, co potrzeba zmarzniętemu 
turyście ;) Pokój z łazienką, kuchnią, telewizorem i praktycznie całym wyposażeniem zdecydowanie przewyższył nasze oczekiwania. Rezerwacji dokonaliśmy, będąc jeszcze w schronisku na stronie booking.com

Poniżej mapka naszej trasy (start ze schroniska):


Przez błądzenie na Turbaczu i według mojego zegarka sportowego:
dystans: 29 km/ czas: ok. 7,5 h (nie wliczając dłuższych postojów i przerw) 



poniedziałek, 16 lipca 2018

Korona Gór Polski: Gorce - Turbacz z Nowego Targu (Kowaniec, Oleksówki) szlak zielony


Trochę mnie nie było tutaj, bo spędzaliśmy z Mateuszem urlop w górach. Powędrowaliśmy w Gorcach, Pieninach, Beskidzie Sądeckim i Tatrach Zachodnich. Jeśli chcecie dowiedzieć się, które szlaki odwiedziliśmy, zaglądajcie tu na bieżąco. W miarę możliwości będę dodawać kolejne wpisy. 
Dziś nieco skromnie..

Urlop rozpoczęliśmy wejściem na Turbacz (wcześniej zarezerwowałam nocleg w schronisku). Popołudniu dojechaliśmy do Nowego Targu. Początkowo chcieliśmy zostawić auto na strzeżonym parkingu, ponieważ mieliśmy w nim naprawdę sporo rzeczy (tak to jest jak resztę urlopu planujemy spędzić pod namiotem i wszystko wydaje się potrzebne). Ostatecznie, za drobną opłatą zostawiliśmy auto na prywatnej posesji w pobliżu zielonego szlaku z Kowańca/Oleksówek . Pan, u którego auto zostało na noc, podrzucił nas do końca asfaltu, więc zaoszczędziliśmy jakieś 2 km drogi. I bardzo dobrze, bo ledwo weszliśmy na szlak, zaczęło kropić. W końcu rozpadało się całkiem konkretnie, a wzdłuż szlaku zaczęły płynąć wąskie strumyki... Na szczęście nie trwało to długo, ale trochę zmokliśmy. 

Pierwszy raz byliśmy w Gorcach. Zaskoczyła nas ilość kapliczek, miejsc poświęconych religii oraz spora liczba drewnianych domów. 




Myśleliśmy, że będziemy się wspinać w granicach Gorczańskiego Parku Narodowego, jak się później okazało, nie obejmuje on Turbacza. Toteż rozmaitych domów tu sporo. Niektóre niestety opuszczone, część pięknie ozdobiona, na wynajem. Fajnie byłoby spać w takim miejscu, tuż przy szlaku. 

gorczańskie krajobrazy

Trochę zaczęło się przecierać, pojawiły się pierwsze widoki. Zielony szlak podobno jest bardzo widokowy. My niestety przez większość czasu mogliśmy sobie jedynie te widoki wyobrażać. Przy szlaku stoją ławeczki, siadając na których, pewnie można zachwycać się okolicą. 

W stronę Pienin... Jezioro Czorsztyńskie
Nas zachwycały chociaż te krótkie chwile, kiedy było coś widać. Szliśmy bardzo wolno. Tak z nóżki na nóżkę. Przyspieszyliśmy, gdy zaczęło się robić ponuro i szlakowskaz pokazał nam jeszcze godzinę drogi do schroniska!



Schronisko na Turbaczu słynie z pięknego widoku na Tatry. My Tatr niestety nie zobaczyliśmy. 


Mimo kiepskiej pogody postanowiliśmy wejść jeszcze na Turbacz. To zaledwie 10 minut drogi ze schroniska. 



Na szczycie również mglisto i nieprzyjemnie. Zdobywamy jednak nasz 23-ci szczyt Korony Gór Polski. 



i wracamy do schroniska na piwo i coś na rozgrzewkę :-) 

Polecamy zupę oscypkową - niebo w gębie! 


Ceny w schronisku dość wysokie, ale to taki standard schroniskowy. Dobrze, że można coś kupić, no i zapłacić kartą! 
Meldujemy się w pokoju wieloosobowym i schodzimy jeszcze do pomieszczenia, w którym urządzono małe muzeum - Gorczański Ośrodek Historii Turystyki Górskiej na Turbaczu




Resztę wieczoru spędzamy nad mapą, planując różne warianty wędrówki kolejnego dnia (w zależności od pogody). No, ale w końcu trzeba iść spać ;) 

nocleg w pokoju wieloosobowym w schronisku na Turbaczu

Poniżej trasa i pieczątki jakie udało mi się zdobyć w schronisku:





Podsumowując, szlak jest łatwy, podobno widokowy! ;) i krótki, jeśli nocuje się w schronisku.
Dystans ok. 8,5 km/ czas przejścia ok. 3 h


wtorek, 26 czerwca 2018

39 Ogólnopolska Giełda Birofiliów w Grodzisku Wielkopolskim

Rok przed wielkim jubileuszem (40-lecie Grodziskiej Giełdy Birofiliów!) , do Grodziska Wielkopolskiego zjechali się kolekcjonerzy kapsli, podstawek, szkła, otwieraczy i innych przedmiotów związanych z piwem. Tradycyjnie już ten, kto zakupił bilet wstępu mógł liczyć na ciepły posiłek, gadżety (pamiątkowa koszulka, kapsel giełdowy, etykiety) oraz lane piwo. W tym roku birofile mogli spróbować nowości z portfolio Piwa Grodziskiego, wariantu śliwka z dymem, uwarzonego specjalnie na Grodziskie Piwobranie 2018. 


Razem z Mateuszem wzięliśmy udział w tym wydarzeniu. Jak zwykle w Grodzisku bardzo nam się podobało. Kameralna, ale przesympatyczna atmosfera, wiele rozmów o kapslach i piwie oraz liczne wymiany, utwierdziły nas w przekonaniu, że na tę giełdę warto przyjeżdżać. 



Cała ekipa kolekcjonerów razem z organizatorami giełdy. 

Za rok odbędzie się już czterdziesta edycja giełdy. Trudno mi uwierzyć, że giełda ta odbywa się już dłużej niż ja żyję na tym świecie ;) Nie możemy się już doczekać tego wyjątkowego spotkania kolekcjonerów. 

na giełdzie (pewnie przyglądam się ciekawym egzemplarzom do kolekcji) fot. Mariusz Pawłowski/WKK Kozieł

Giełdujemy :) fot. Mariusz Pawłowski/WKK Kozieł

Wymiany... pogaduszki... fot. Mariusz Pawłowski/WKK Kozieł

Może zainteresują Cię również poniższe wpisy:


środa, 13 czerwca 2018

Kraków: Dawny obóz koncentracyjny Kraków Płaszów, Kopiec Krakusa, Kazimierz, Kładka ojca Bernatka

Kraków ma do zaoferowania tak wiele, że gdyby chcieć zwiedzić dokładnie tylko wszystkie atrakcje turystyczne, trzeba by spędzić tu chyba grube miesiące. Niestety Kraków od Poznania dzieli ponad 400 kilometrów, dlatego odwiedzamy go najczęściej "przy okazji", np. jadąc na dłuższy urlop w góry. Nie inaczej było tym razem. Do Krakowa przyjechaliśmy przy okazji koncertu Lenny'ego Kravitza w Tauron Arenie. Trochę ubolewam, że najlepsze koncerty odbywają się właśnie tam (ale tylko ze względu na odległość od domu, bo miejsce jest naprawdę świetne na tego typu imprezy!). 
Do Krakowa przyjechaliśmy tym razem pociągiem. Jaka to była podróż! Czuliśmy się jak w puszce pozostawionej w pełnym słońcu. Okna otwarte, drzwi w przedziałach także, ale osób napchane na maksa, więc z prawdziwą ulgą opuściliśmy kilkudziesięcioletni wagon i udaliśmy się na szybkie zwiedzanie. 
Wysiedliśmy w Krakowie Płaszowie, skąd skierowaliśmy się od razu na teren dawnego obozu koncentracyjnego. Szczerze przyznam, że gdyby nie tablice, które stoją tu raczej od niedawna, ciężko byłoby zrozumieć w jakim miejscu się znajdujemy. 


Sporo się czyta, że miejsce to wygląda jak teren rekreacyjny i trudno się z tym nie zgodzić. Podczas naszej wizyty, widzieliśmy niewielu spacerowiczów, ale za to sporo śmieci, świadczących o tym, że ludzie tu nierzadko biwakują. Tymczasem teren ten jest cmentarzem, na którym znajdują się do dzisiejszego dnia szczątki zamordowanych podczas II wojny światowej. 






Przez teren dawnego obozu koncentracyjnego prowadzą nieśmiało wydeptane (a może już po prostu gęsto zarośnięte?) ścieżki, którymi często możemy dojść jedynie do ogrodzenia cmentarza lub dawnego kamieniołomu. Pobłądziliśmy sporo, kręciliśmy się w kółko. Brakuje jasno wytyczonej trasy zwiedzania. Może to uchroniłoby ten teren przez nadmierną i natarczywą eksploracją. 


Na terenie dawnego kamieniołomu natomiast wyrastają obecnie apartamenty lub biurowce... kiedyś byłoby to nie do pomyślenia...


Z daleka namierzyliśmy wzrokiem Kopiec Krakusa. Trochę czasu jednak minęło, zanim udało nam się do niego dostać. Z terenu obozu Kraków Płaszów nie jest to wcale takie proste. 


Mimo wszystko warto wejść na to wzniesienie. Przy ładnej pogodzie roztacza się stąd piękny widok!

widok z Kopca Krakusa

w kierunku dawnego Kamieniołomu Liban


Stare Miasto

Kopiec Kościuszki (z prawej), z lewej maleńki Kopiec Piłsudskiego


znów Kamieniołom Liban, który kusi... żeby go zwiedzić ;) 
w stronę Rynku Głównego

W planie mieliśmy jeszcze zwiedzenie kamieniołomu "Liban". Niestety przez błądzenie (co podczas naszych wycieczek często się zdarza ;) , czasu nieco zabrakło. Będzie po co wrócić w rejony krakowskiego Podgórza. Kamieniołom "Liban" również miał związek ze zbrodniami w okresie wojennym. W 1942r. powstał tu hitlerowski karny obóz pracy Służby Budowlanej. Na szczęście podczas likwidacji obozu, większości więźniów udało się uciec. Tych, którzy nie zdołali, rozstrzelano na miejscu. 
W kamieniołomie kręcono m.in. sceny obozowe filmu "Lista Schindlera" Stevena Spielberga (1993r.) Podobno niektóre elementy scenografii pozostały tam do dziś (kiedyś to sprawdzimy!) 
Po tym krótkim spacerze zakwaterowaliśmy się w hostelu i ruszyliśmy w kierunku Tauron Areny na koncert.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy bardzo późno, bowiem koncert i spotkania z innymi fanami po nim nieco się przedłużyły i wróciliśmy do naszej bazy noclegowej grubo po 3. Urządziliśmy sobie w nocy spacer z Rynku Głównego na Podgórze, gdzie spaliśmy. Kraków nocą w ogóle nie śpi. Chociaż jest to trochę przerażające. Krzyki, piski, wycie i mnóstwo zataczających się ludzi to raczej przykry widok. Liczne wieczory kawalerskie, panieńskie, integracje, spotkania... widać, że wiele wymknęło się spod kontroli. 

No cóż, rano czasu nie mieliśmy zbyt wiele. Starczyło go jedynie, by urządzić sobie krótki spacer po Kazimierzu (dawna dzielnica żydowska). Kładką ojca Bernatka (podobno ulubiony most mieszkańców Krakowa) przechodzimy w kierunku tej klimatycznej dzielnicy. 

Kładka Ojca Bernatka

Po raz kolejny udało nam się jedynie "liznąć" klimatu Kazimierza. Spacerowaliśmy bez większego celu, podziwiając charakterystyczne nazwy ulic, klimatyczne knajpki, murale i specyficzną atmosferę.




Kraków kojarzy mi się z gołębiami ;)

Na pewno mamy tu jeszcze co odkrywać. Kazimierz jest naprawdę urzekający. Chociaż zdarzyło nam się porozmawiać z mieszkańcem tej okolicy. Narzekał na hałas, wrzaski i brak kultury turystów, szczególnie w nocy. Czyli spodziewam się tu nocą podobnych obrazków, jak te z Rynku Głównego. 




Musieliśmy już iść w kierunku dworca. Nie chciało nam się wracać do Poznania, tym bardziej, że w Krakowie pięknie świeciło słońce! 
Mam nadzieję, że wkrótce znów odwiedzimy Kraków i odkryjemy jego nowe, pasjonujące zakamarki :) 

Jako ciekawostkę dodam, że podróż pociągiem do Poznania była jeszcze bardziej upierdliwa niż ta do Krakowa. Znowu przedział pełen ludzi, klimatyzacja nie działa. Otwarte okna i drzwi nie dawały rady ochłodzić wnętrza wagonu. A pociąg miał taką piękną nazwę - "Magnolia". Zgodnie z Mateuszem stwierdziliśmy, że bardziej adekwatną nazwą byłaby "sauna" albo "wrota do piekieł" :P
Jedyny plus tej podróży - nie było opóźnienia, co często ostatnio naszej kolei się zdarza :) 

Może zainteresują Was również: