Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alkohol. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 października 2019

Rumunia (Maramuresz, Marmarosz) : informacje praktyczne - ceny, jedzenie, literatura 2019

Czas na ostatni wpis dotyczący Rumunii. Wybierającym się wkrótce do tego kraju (region Marmarosz, Maramuresz), postanowiłam przybliżyć nieco istotne kwestie i zaprezentować wskazówki, które ułatwią podróż. Przed Wami kilka (mam nadzieję) ciekawych informacji praktycznych:


Turystyka

Turystyka w Maramureszu nie jest dość powszechnym zjawiskiem. To znaczy są miejsca, w które turyści zaglądają dość często, ale przez większość czasu (przede wszystkim na górskich szlakach) zdawało nam się, że dawno nikogo tu nie było. Ludzie odwiedzają Maramuresz najczęściej przejazdem, organizują sobie objazdówki po Rumunii, zatrzymują się tu na kilka dni i jadą dalej w kierunku Bukowiny lub na południe kraju. Stąd też infrastruktura turystyczna nie jest za bardzo rozwinięta. W większych miejscowościach znajdziemy co prawda informacje turystyczne, prywatne kwatery, hotele czy kempingi (o których pisałam m.in.: TU) i pewnie w większości miejsc noclegowych z marszu znajdziemy wolny nocleg, ale nie spodziewajmy się ogromnego wyboru klimatycznych knajpek, budek z lodami, goframi, kolorowych straganów z pamiątkami czy mnogości dość komercyjnych atrakcji. Zatem Maramuresz raczej nie jest miejscem dla każdego. Jeśli jednak kochacie wypoczynek na łonie przyrody, górskie wędrówki, ciszę, spokój; jeśli lubicie cofnąć się w czasie i poczuć sielskie klimaty, jeśli przeszkadzają Wam nagabywacze przy straganach, kosmiczne ceny w europejskich kurortach, to będziecie zadowoleni z wizyty w tym miejscu. Tu turyści nie budzą wyjątkowego zainteresowania. Oczywiście w miejscach, gdzie pojawia się ich więcej (np. Bârsana, okolice Wesołego Cmentarza), miejscowa ludność zarabia na turystyce, ale przeważnie oferuje swoje towary w rozsądnych cenach. Wyjątek stanowią m.in. elementy regionalnych strojów. Kosztują sporo, jednak, jak to mówią, jest to ręczna robota. 

Ceny

Nie ukrywam, że Rumunię jako cel urlopu wybraliśmy między innymi ze względu na finanse. Jakoś póki co, ciężko jest nam wyobrazić sobie wakacje w tych droższych krajach. Rumunia pod każdym względem nas usatysfakcjonowała. Ceny zbliżone są tu do naszych. Większość artykułów spożywczych kosztuje podobnie jak te, które nabyć możemy w Polsce. Walutą Rumunii jest lej (dzieli się na 100 bani). W zależności od kursu jego wartość waha się ok. 1 zł. To znaczy, że bardzo łatwo tu wszystko można przeliczyć. 



Przykładowe ceny w 2019 r:

butelka wody 1,5-2 l - ok. 1,50-2 lei
chleb - ok. 2,50 lei
piwo 0,33l - ok. 2,50 lei
piwo 0,75l - ok. 4 lei
piwo 2,5l (plastikowa butelka) - ok. 6,50 lei
masło ok. - 5,75 lei
ser telemea - ok. 4-6 lei
zacusca (ajvar) słoik - ok. 5 lei
pizza w restauracji - ok. 20 lei (często mniej)
piwo w barze, restauracji - ok. 5- 7 lei
mamałyga z serem i skwarkami - ok. 18 lei
mici/mittitei (mięsne ruloniki) ok. 3,5 lei /1 szt.
covrig (duży precel) - ok. 1 lei
covrig polonez (nadziewany, np. z wiórkami kokosowymi) ok. 2 lei
papanasz (deser na bazie specjalnego pączka) - ok. 8 lei

Przy okazji warto wspomnieć o tym gdzie najlepiej wymienić walutę. Nam najbardziej opłaciło się wymienić w Polsce złotówki na euro. Zresztą kantorów w Poznaniu, oferujących leje  jest niewiele, a i tak kurs takiej wymiany jest bardzo niekorzystny. Euro wymieniliśmy na leje już w Rumunii, dokładnie w kantorze w Syhocie Marmaroskim. Jeden lej kosztował nas wówczas nieco ponad 90 groszy. Warto szukać kantorów z napisem "no comission" - bez prowizji i mieć na uwadze, że większość jest zamykana o godzinie 18-19. Nieco mniej opłacalne okazało się płacenie kartą (lej wyniósł nas ok. złotówki), a wypłata z bankomatu "zdarła" najwięcej po doliczeniu prowizji i kosztów przewalutowania. 


Dojazd, drogi, przejście graniczne, opłaty

Dojazd własnym samochodem dla osób z południowej Polski nie powinien stanowić większego problemu. My z Poznania mieliśmy do pokonania ok. 1100 km. Był to nasz pierwszy tak daleki wypad autem. Postanowiliśmy jechać przez Słowację i Węgry z noclegiem w Koszycach. Granicę przekraczaliśmy w Petei (Csengersima/ Petea). Trzeba przygotować się na kontrolę paszportową. Rumunia jest krajem należącym do Unii Europejskiej, jednak jeszcze nie znajduje się w strefie Schengen. Musimy więc na granicy pokazać swój paszport lub dowód osobisty, czasem dowód rejestracyjny lub inne dokumenty. Ogólnie nic strasznego, ale warto zarezerwować sobie co najmniej 30-40 minut na stanie w kolejce do odprawy. Po przekroczeniu granicy, udajemy się na pierwszą stację beznynową, żeby kupić e-rovinietę. W Rumunii jazda po wszystkich drogach jest płatna. Musimy zadeklarować od razu na ile dni chcemy kupić e-rovinietę.

Dla auta osobowego jest to koszt:

7 dni - 3 euro
30 dni - 7 euro itd. 

Na stacji bez problemu zapłacimy w euro, chociaż resztę mogą nam już wydać w lejach. 

Po szczegóły oraz możliwość zakupu e-roviniety online odsyłam na stronę: 

Musimy przyznać, że te pieniądze są obecnie bardzo dobrze wykorzystywane. Drogi w Rumunii są w coraz lepszym stanie (powstają nowe, sporo jest remontowanych). Prawda jest taka, że wielu fragmentów moglibyśmy im zazdrościć. Świeżo wyremontowana jest m.in droga na Przełęcz Pasul Prislop, będąca granicą między Maramureszem i Bukowiną i wjazd na wysokość 1400 m n.p.m. nawet starszym autkiem nie stanowi większego problemu. Zdecydowanie gorsze drogi spotkaliśmy po węgierskiej stronie. Oczywiście w Rumunii też zdarzają się dziurawe nawierzchnie, ale spodziewaliśmy się większej gemeli (po poznańsku bałaganu, kiepskiego stanu). 


Język

Język rumuński wydał mi się bardzo trudny. Mimo, że zazwyczaj radzę sobie jakoś z językami, wychwytując pojedyncze słowa, które staram się później połączyć jakoś sensownie, z językiem rumuńskim miałam niemały problem. Dla mnie jest on dość krzykliwy i głośny. Ale najgorsze jest to, że czyta się go częściowo inaczej niż się pisze. Oczywiście przed wyjazdem przewertowałam słowniczek i wydawało mi się, że załapałam kilka słówek. Rzeczywistość zdecydowanie zweryfikowała moją wymowę. Na pewno warto nauczyć się podstawowych zwrotów. 

bună dimineața (czyt. buna diminiatsa), bună ziua - dzień dobry (zdecydowanie częściej używana druga opcja, nawet wcześnie rano)
mulțumesc (czyt. mulcumesk) - dziękuję
la revedere - do widzenia (uwaga! ja przez cały czas mówiłam: ariwedere :D i rozumieli) 

Gdy witaliśmy się, dziękowaliśmy i żegnaliśmy po rumuńsku, ludzie traktowali nas bardziej przyjaźnie. Czasem po odejściu od kasy coś jeszcze mówili uśmiechając się. Mam nadzieję, że było to "zapraszamy ponownie" lub "miłego dnia" :) 

Niektórych słów szybko nauczycie się jeśli jesteście wzrokowcami. Dni tygodnia, czy godziny otwarcia i podstawowe liczebniki, nie będą problemem. Gorzej, gdy odwiedzicie knajpkę, w której menu będzie tylko w języku rumuńskim, a obsługa nie powie słowa po angielsku, niemiecku.
Co nam zostanie? Język migowy ;-) Zdarzało nam się także tłumaczyć niektóre słowa w tłumaczu google (gdy nie znaleźliśmy ich w naszym mikroskopijnym słowniczku). Czasem szukaliśmy też zdjęć potraw, rozkminiając później poszczególne składniki. Kiedy już naprawdę nam nie szło dogadywanie się, przetłumaczyliśmy w google translatorze zdanie z polskiego na rumuński i puściliśmy dźwięk (czytanie ;)) . Udało się! Cel został osiągnięty! :) 


Jedzenie

Rumuńska kuchnia nie kojarzyła mi się z żadnym tradycyjnym specjałem. Przed wyjazdem poszperałam trochę i poszukałam czego będziemy mogli spróbować. No bo jak już się jedzie do innego kraju, regionu, to warto zawsze skosztować czegoś lokalnego, czego na co dzień w  domu się nie zje. Na uwagę na pewno zasługują: 

- plăcintă, a więc smażone placuszki z ciasta drożdżowo-naleśnikowego z nadzieniem z sera, jajka, ziemniaków, pieczarek itp. Nam do gustu tak bardzo przypadły te z serem (cu branza), że żadnych innych nie chcieliśmy już próbować. Najczęściej można je kupić w niewielkich budkach za ok. 3-4 lei / szt. 

- mamałyga (w menu można znaleźć angielską nazwę polenta) czyli drobna kasza kukurydziana, która często podawana jest zamiast ziemniaków jako dodatek do dania głównego. Można ją także zjeść jako samodzielne danie. Wówczas warto wybrać np. mamałygę z serem i skwarkami (mamaliga cu branza si jumari). Mnie to danie smakowało bardzo, przypominało w smaku trochę słowackie haluszki. Polacy, których poznaliśmy w Rumunii, jedli "gołą" wersję mamałygi i nie byli zachwyceni.  Ale podobno dostać ją można także m.in w wersji ze śmietaną, jajkiem sadzonym, sosem czosnkowym, w formie zapiekanki czy na słodko. 

- mici (mititei) - niewielkie grillowane wałeczki z mięsa mielonego (czasem baraniego), często sprzedawane na sztuki. Niby nam smakowały, chociaż raz trafiliśmy na nieco zwęglone, a raz na bardzo nasączone tłuszczem (pewnie były odsmażane)

- sarmale , a więc mini gołąbki, owijane w liście kapusty lub winogron. W skład farszu wchodzą mięso, ryż, ale czasem też grzyby lub słonina. Miałam ogromną ochotę ich spróbować, ale gdy raz udało mi się znaleźć je w menu, okazało się, że się tego dnia już skończyły. No cóż, spróbuję chyba sama zrobić je w domu. Nawet znalazłam już przepis u samego Makłowicza! Będę musiała go jednak zmodyfikować, bo ciężko będzie mi znaleźć w sklepach liście winogron...

- ciorba de burta, czyli "zupa z brzucha", a więc rumuńskie flaki. Podobno ma swoich zagorzałych fanów, ale też przeciwników. Mnie takie specjały nie rajcują, więc nie próbowałam, ale poznanym Polakom jednak zupa z brzucha nie przypadła do gustu. 

- papanasz - mniam mniam! Rodzaj deseru, którego bazą jest pączek serowy. Na nim wylądował mały pączuś. Całość zalana pyszną śmietaną, sosem owocowym (u nas z jagodami) i posypana cukrem trzcinowym. Przyznam szczerze, że smakowało mi to bardzo. Po pierwszej degustacji, musiała nastąpić kolejna :) Pyszny deser, którego łasuchy powinny spróbować (koszt ok. 8 lei):


- covrigi - precle dostępne w małych budkach z pieczywem. Posypane sezamem, makiem, solą lub nadziewane. Fajna przekąska, zbliżona trochę smakiem do naszych rogali. Koszt ok. 1-2 lei

Będąc w Rumunii, warto spóbować rozmaitych serów. Sporo dostępnych jest nawet w zwykłych marketach. Mnie zachwyciły sery telemea. Smakiem przypominają ser feta. Dostępne w wariantach krowich, owczych, kozich i mieszanych. Smaczne też są sery typu kaszkawał, więc próbujcie do woli. Na pewno znajdzie się coś, co zachwyci Was smakiem. Owoce i warzywa można często kupić przy ulicy. Są miejscowości, wzdłuż ulic których ustawiają się niewielkie stragany, oferujące warzywa z ogródka czy własne przetwory czy inne domowe wyroby. 

Alkohol

Co ciekawe nawet przy drodze można nabyć alkohol własnej roboty. W zależności od regionu nazywany jest palinką, horinką lub Țuicą. To nic innego jak pędzony z owoców bimber o zawartości alkoholu powyżej 50%. Podobno w Rumunii produkcja własnego alkoholu w dużej ilości jest legalna (na swój użytek). Niby nie można go sprzedawać, ale chyba przymyka się na to oko. Palinka sprzedawana jest w plastikowych butelkach po coli, wodzie. Za półlitrową butelkę trzeba zapłacić ok. 12-20 lei. Ceny piwa znajdziecie powyżej w sekcji ceny. Ogólnie alkohol (poza piwem) w porównaniu do polskich warunków  jest trochę tańszy. Zarówno ten kupowany w sklepie, jak w lokalach. Warto spróbować rumuńskich win, a smakosze mocniejszych trunków mogą sięgnąć po rumuński winiak Alexandrion. W Cafe Barze serwującym głównie alkohol, za 100 ml płaciliśmy zaledwie 10 lei. 

pamiątki z podróży ;) wśród alkoholi z Rumunii, także produkty słowackie i węgierskie


Mapy i literatura, aplikacje na telefon

Moim podstawowym źródłem wiedzy o północnej Rumunii, jest przewodnik wydany przez Oficynę Wydawniczą "Rewasz" - Przewodnik po północnej Rumunii Bukowina Maramuresz - Stanisław Figiel, Piotr Krzywda (Pruszków 2014). Autorzy opisują szczegółowo historię , geografię, kulturę. Dużo miejsca poświęcają atrakcjom poszczególnych miejscowości. Atutem publikacji jest również opis kilkunastu szlaków w kilku pasmach górskich Maramureszu i Bukowiny. Znajdziemy tu także garść informacji praktycznych (niestety niektóre się zdezaktualizowały) , mini słowniczek i rozdział o kulinarnych przysmakach. Przed wyjazdem szukałam także informacji na innych blogach podróżniczych. Niestety tym razem nie polecam travelbooka, mojego ulubionego wydawnictwa podróżniczego Bezdroża. "Transylwania i Marmarosz", bo o nim mowa, skupia się głównie na Transylwanii. O Maramureszu jest zaledwie dwadzieścia kilka stron i chociaż napisane ciekawie, to trochę za mało... 
Jeśli chodzi o mapy, to jestem zwolenniczką korzystania z papierowych , bez takich nie wybieram się w ogóle w góry. Przed wyjazdem kupiłam dwie mapy: Maramuresz (Maramuresului). Mapa turystyczna 1:65 000 (wydawnictwo  Schubert&Franzke) oraz Bukowina i Maramuresz. Góry Rodniańskie. Laminowana mapa samochodowo-turystyczna. (TerraQuest). Ta pierwsza jeszcze jakoś zdała egzamin w terenie, natomiast druga okazała się zbyt mało dokładna (kiepska skala - 1:250 000 region + Góry Rodniańskie 1:75 000). Jakość i częstotliwość oznakowania szlaków w górach Maramureszu daleka jest od ideału, więc wielokrotnie musieliśmy się wspomagać aplikacjami w telefonie. Maps 3D, Locus Map, mapy.cz - te aplikacje sprawdzają się bardzo dobrze w terenie. Trzeba mieć jednak połączenie z internetem lub wcześniej ściągnąć wybrany fragment mapy. Podczas planowania tras, przed wyjazdem, bardzo często korzystam ze strony mapa-turystyczna.pl, jednak na razie szlaki na tej stronie nie obejmują Rumunii. Powyższa strona ma też taką wadę, że podczas planowania, uwzględnia tylko znakowane szlaki turystyczne. Nieco bardziej rozbudowana pod tym względem (chociaż trochę trudniejsza w obsłudze, jak dla mnie)  jest witryna mapy.cz (w języku czeskim). Przed wyjazdem, właśnie dzięki niej zaplanowałam górskie trasy, które w większości zrealizowaliśmy. 

Poniżej linki do wszystkich wpisów, dotyczących Rumunii, które znajdziecie na blogu: 
Jeśli macie jakieś pytania, możecie śmiało zadać je w komentarzu :-)

środa, 28 lutego 2018

Budapeszt: Ciekawostki, porady, zwiedzanie, ceny

Witajcie,

Jak wiecie, niedawno byliśmy z Mateuszem w Budapeszcie. Ponieważ wpis o zwiedzaniu Budapesztu i tak wyszedł mi nieco przydługi, postanowiłam napisać kolejny (żeby tamtego jeszcze bardziej nie rozwlekać), w którym przedstawię Wam kilka ciekawostek, przydatnych porad i napiszę o tym, co nas zaskoczyło podczas pobytu w stolicy Węgier. 

Most Wolności

1) Otwartość i przyjazne nastawienie ludzi. Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, pewien chłopak sam zaoferował pomoc, widząc nas nieporadnie walczących z mapą.  Podobną sytuację mieliśmy w sklepie spożywczym. Ochroniarz, widząc nas, oglądających piwa w lodówce, postanowił zagadać i co nieco poopowiadać. I chociaż wiedziałam, że niektóre piwa muszę kupić dla kapsli do kolekcji, miło nam się z tym panem gawędziło, i słuchało jego rekomendacji. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że jemu ta pogawędka też przyniosła trochę radochy :)
Tuż przed odjazdem z Budapesztu, zaszyliśmy się w pewnej knajpce, gdzie przesiadywali chyba sami miejscowi. Byliśmy dla nich pewnego rodzaju atrakcją. Pytali nas skąd jesteśmy. Jak usłyszeli, że z Polski, zaczęli recytować polskie miasta, gdy usłyszeli Poznań, osłupieliśmy - "Lech Poznań, great team!". Miejscowi opowiadali nam jak to lubią Bielsko-Białą i tamtejsze góry i bardzo chwalili naszą ojczyznę. To było naprawdę miłe.

2) Język. Wiedziałam, że węgierski to nie przelewki, ale, żeby prawie wszystkie słowa były tak skomplikowane? Już sam fakt, że Węgrzy "s" czytają jako "sz", a "sz" jako "s" powoduje spore trudności, ale ostatecznie to drobnostka. Przechodząc ulicą, nie wiedzieliśmy zupełnie czy to szyld sklepu obuwniczego, piekarni czy szewca. Za nic w świecie nie mogliśmy się domyślić (dopiero zerknięcie na wystawę częściowo rozwiewało wątpliwości).
Na szczęście Węgrzy zdają sobie z tego sprawę, więc język angielski jest tu coraz bardziej popularny, a niektóre punkty gastronomiczne posiadają menu w kilku językach.

sklep obuwniczy? czy może warzywniak? 

3) Ceny, waluta, płatności. Ceny żywności w Budapeszcie są przeważnie kilkanaście procent wyższe od tych w Polsce. Tego w zasadzie się spodziewaliśmy. Taniej można na pewno kupić wino. I wcale to tańsze wino nie jest gorsze, bo za ok. 699 HUF, czyli ok. 10 zł można nabyć naprawdę smaczny trunek. Na początku ciężko było nam się połapać w cenach, no bo u nas złotówki, a tu w witrynach, menu, czy ulotkach ceny nieraz w tysiącach. Nie mogłam się przestawić i naprawdę miałam początkowo problemy z przeliczaniem co ile kosztuje. Jadąc do Budapesztu, warto wziąć ze sobą trochę forintów,  jednak najbardziej opłaca się płacić na miejscu kartą. W Poznańskich kantorach 10 forintów kupimy za 17 groszy, a przy płatności kartą, przelicznik wychodzi w granicach 13-14 groszy. Jest różnica, prawda? W wielu miejscach można płacić w euro. Zapłacimy wówczas niewiele drożej niż w forintach. Zdarzają się jednak miejsca, jak np. przy dworcu Kelenföld, gdzie w knajpkach można płacić tylko gotówką i tylko w forintach. Oczywiście w centrum znajdziemy bankomaty, które w razie potrzeby pomogą nam podreperować budżet w węgierskiej walucie. 
Warto robić zakupy w większych marketach, jednak o te w centrum dość trudno. M.in. w sieciach Spar, Prima, a także znanych z Polski -  Aldi czy Lidl na pewno zrobimy zakupy w rozsądnych cenach. Trochę mnie zasmuciła cena papryki. Jadąc do Budapesztu obiecałam sobie spróbować wielu rodzajów tego warzywa. Spróbowałam kilku. Cena za kilogram była niejednokrotnie o wiele wyższa niż w Polsce.

4) Fajna knajpka z serii - płacisz raz, jesz ile chcesz. Dla tych, którzy lubią dużo zjeść, możemy polecić miejsce: Gastland Bistro Oktogon przy Terez koerut 23. Cena zależna jest od dnia i godziny, w której się zjawimy (np. pod koniec dnia jest taniej). Płacimy raz i przez 2 godziny możemy jeść to, na co tylko mamy ochotę. Jest oczywiście pewien kruczek. Trzeba dokupić dowolny napój. Najtańszy kosztuje w okolicy 350 HUF. Jeśli tego nie zrobimy, do rachunku doliczą nam 200 HUF. Do wyboru sporo dań. Makarony, ryż, coś w stylu gulaszu, zarówno mięsnego jak i warzywnego, dania z soczewicą, kiełbasa, papryka w wielu postaciach... Jest z czego wybierać. W cenie także deser. Jedzenie różnorodne. Niektóre potrawy smakowały mi bardziej inne mniej. Cieszę się, że mogłam spróbować  papryk w różnych wariantach, m.in nadziewanej kapustą kiszoną. Koszt takiego obiadu to ok. 17-18 zł  + koszt napoju. Jednego dnia wybraliśmy się tam także na śniadanie. Najedliśmy się do syta, jednak byliśmy pod koniec godziny śniadaniowej i brakowało już niektórych dań. Obecnie trzeba płacić gotówką.. podczas naszego pobytu  była awaria terminala, jednak prawdopodobnie trwa to już nieco dłużej... no i "kasjer" zaokrągla sobie rachunek. 

5) Wspaniałe widoki z Budy. Oj tak! Niektóre obrazy na długo zostaną w naszej pamięci. Podziwianie Budapesztu z pagórkowatej jego części z pewnością ma w sobie coś magicznego, coś, co zauroczy chyba każdego. Góra Gellerta czy Wzgórze Zamkowe to miejsca absolutnie fantastyczne, chociaż zazwyczaj nieco zatłoczone. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że wejść i rozkoszować się tymi widokami można zupełnie za darmo :) Myślę, że kolejne, mniej znane,  wzgórza odkryjemy podczas następnej wizyty. 

Widok ze Wzgórza Zamkowego

6) Sklepy z tytoniem. W normalnych sklepach nie kupimy wyrobów tytoniowych (przynajmniej my ich nie zauważyliśmy). Papierosy i tym podobne produkty kupimy w sklepach z takim szyldem:


Co ciekawe, do takiego sklepu nie mogą wejść osoby poniżej 18 roku życia. Jeśli podróżujecie z dziećmi i będziecie chcieli kupić "fajki", dzieci muszą zostać na zewnątrz! 
Przydarzyła nam się też ciekawa sytuacja związana z tym sklepem. Będąc w barze z langoszami, o którym możecie przeczytać we wcześniejszym moim wpisie, Mateusz zapytał się, czy mają piwo. Sprzedawca odpowiedział, że nie, ale jeśli ma ochotę, to może iść do sklepu z tytoniem, kupić piwo i wypić je na miejscu, w barze. U nas byłoby to nie do pomyślenia ;)

Lubimy wszystkie ciekawostki, które świadczą o indywidualności danego kraju czy regionu. Wyjeżdżając chcemy zobaczyć coś innego, coś, czego na co dzień nie mamy. Lubimy smakować każdy krok, delektować się każdą chwilą w nowym miejscu, chłonąć atmosferę, po prostu poczuć się inaczej niż w domu i jego najbliższym otoczeniu. Tego wszystkiego udało nam się doświadczyć w Budapeszcie. Z prawdziwą przyjemnością jeszcze kiedyś odwiedzimy to wyjątkowe miasto.