Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marmarosz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marmarosz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 października 2019

Rumunia (Maramuresz, Marmarosz) : informacje praktyczne - ceny, jedzenie, literatura 2019

Czas na ostatni wpis dotyczący Rumunii. Wybierającym się wkrótce do tego kraju (region Marmarosz, Maramuresz), postanowiłam przybliżyć nieco istotne kwestie i zaprezentować wskazówki, które ułatwią podróż. Przed Wami kilka (mam nadzieję) ciekawych informacji praktycznych:


Turystyka

Turystyka w Maramureszu nie jest dość powszechnym zjawiskiem. To znaczy są miejsca, w które turyści zaglądają dość często, ale przez większość czasu (przede wszystkim na górskich szlakach) zdawało nam się, że dawno nikogo tu nie było. Ludzie odwiedzają Maramuresz najczęściej przejazdem, organizują sobie objazdówki po Rumunii, zatrzymują się tu na kilka dni i jadą dalej w kierunku Bukowiny lub na południe kraju. Stąd też infrastruktura turystyczna nie jest za bardzo rozwinięta. W większych miejscowościach znajdziemy co prawda informacje turystyczne, prywatne kwatery, hotele czy kempingi (o których pisałam m.in.: TU) i pewnie w większości miejsc noclegowych z marszu znajdziemy wolny nocleg, ale nie spodziewajmy się ogromnego wyboru klimatycznych knajpek, budek z lodami, goframi, kolorowych straganów z pamiątkami czy mnogości dość komercyjnych atrakcji. Zatem Maramuresz raczej nie jest miejscem dla każdego. Jeśli jednak kochacie wypoczynek na łonie przyrody, górskie wędrówki, ciszę, spokój; jeśli lubicie cofnąć się w czasie i poczuć sielskie klimaty, jeśli przeszkadzają Wam nagabywacze przy straganach, kosmiczne ceny w europejskich kurortach, to będziecie zadowoleni z wizyty w tym miejscu. Tu turyści nie budzą wyjątkowego zainteresowania. Oczywiście w miejscach, gdzie pojawia się ich więcej (np. Bârsana, okolice Wesołego Cmentarza), miejscowa ludność zarabia na turystyce, ale przeważnie oferuje swoje towary w rozsądnych cenach. Wyjątek stanowią m.in. elementy regionalnych strojów. Kosztują sporo, jednak, jak to mówią, jest to ręczna robota. 

Ceny

Nie ukrywam, że Rumunię jako cel urlopu wybraliśmy między innymi ze względu na finanse. Jakoś póki co, ciężko jest nam wyobrazić sobie wakacje w tych droższych krajach. Rumunia pod każdym względem nas usatysfakcjonowała. Ceny zbliżone są tu do naszych. Większość artykułów spożywczych kosztuje podobnie jak te, które nabyć możemy w Polsce. Walutą Rumunii jest lej (dzieli się na 100 bani). W zależności od kursu jego wartość waha się ok. 1 zł. To znaczy, że bardzo łatwo tu wszystko można przeliczyć. 



Przykładowe ceny w 2019 r:

butelka wody 1,5-2 l - ok. 1,50-2 lei
chleb - ok. 2,50 lei
piwo 0,33l - ok. 2,50 lei
piwo 0,75l - ok. 4 lei
piwo 2,5l (plastikowa butelka) - ok. 6,50 lei
masło ok. - 5,75 lei
ser telemea - ok. 4-6 lei
zacusca (ajvar) słoik - ok. 5 lei
pizza w restauracji - ok. 20 lei (często mniej)
piwo w barze, restauracji - ok. 5- 7 lei
mamałyga z serem i skwarkami - ok. 18 lei
mici/mittitei (mięsne ruloniki) ok. 3,5 lei /1 szt.
covrig (duży precel) - ok. 1 lei
covrig polonez (nadziewany, np. z wiórkami kokosowymi) ok. 2 lei
papanasz (deser na bazie specjalnego pączka) - ok. 8 lei

Przy okazji warto wspomnieć o tym gdzie najlepiej wymienić walutę. Nam najbardziej opłaciło się wymienić w Polsce złotówki na euro. Zresztą kantorów w Poznaniu, oferujących leje  jest niewiele, a i tak kurs takiej wymiany jest bardzo niekorzystny. Euro wymieniliśmy na leje już w Rumunii, dokładnie w kantorze w Syhocie Marmaroskim. Jeden lej kosztował nas wówczas nieco ponad 90 groszy. Warto szukać kantorów z napisem "no comission" - bez prowizji i mieć na uwadze, że większość jest zamykana o godzinie 18-19. Nieco mniej opłacalne okazało się płacenie kartą (lej wyniósł nas ok. złotówki), a wypłata z bankomatu "zdarła" najwięcej po doliczeniu prowizji i kosztów przewalutowania. 


Dojazd, drogi, przejście graniczne, opłaty

Dojazd własnym samochodem dla osób z południowej Polski nie powinien stanowić większego problemu. My z Poznania mieliśmy do pokonania ok. 1100 km. Był to nasz pierwszy tak daleki wypad autem. Postanowiliśmy jechać przez Słowację i Węgry z noclegiem w Koszycach. Granicę przekraczaliśmy w Petei (Csengersima/ Petea). Trzeba przygotować się na kontrolę paszportową. Rumunia jest krajem należącym do Unii Europejskiej, jednak jeszcze nie znajduje się w strefie Schengen. Musimy więc na granicy pokazać swój paszport lub dowód osobisty, czasem dowód rejestracyjny lub inne dokumenty. Ogólnie nic strasznego, ale warto zarezerwować sobie co najmniej 30-40 minut na stanie w kolejce do odprawy. Po przekroczeniu granicy, udajemy się na pierwszą stację beznynową, żeby kupić e-rovinietę. W Rumunii jazda po wszystkich drogach jest płatna. Musimy zadeklarować od razu na ile dni chcemy kupić e-rovinietę.

Dla auta osobowego jest to koszt:

7 dni - 3 euro
30 dni - 7 euro itd. 

Na stacji bez problemu zapłacimy w euro, chociaż resztę mogą nam już wydać w lejach. 

Po szczegóły oraz możliwość zakupu e-roviniety online odsyłam na stronę: 

Musimy przyznać, że te pieniądze są obecnie bardzo dobrze wykorzystywane. Drogi w Rumunii są w coraz lepszym stanie (powstają nowe, sporo jest remontowanych). Prawda jest taka, że wielu fragmentów moglibyśmy im zazdrościć. Świeżo wyremontowana jest m.in droga na Przełęcz Pasul Prislop, będąca granicą między Maramureszem i Bukowiną i wjazd na wysokość 1400 m n.p.m. nawet starszym autkiem nie stanowi większego problemu. Zdecydowanie gorsze drogi spotkaliśmy po węgierskiej stronie. Oczywiście w Rumunii też zdarzają się dziurawe nawierzchnie, ale spodziewaliśmy się większej gemeli (po poznańsku bałaganu, kiepskiego stanu). 


Język

Język rumuński wydał mi się bardzo trudny. Mimo, że zazwyczaj radzę sobie jakoś z językami, wychwytując pojedyncze słowa, które staram się później połączyć jakoś sensownie, z językiem rumuńskim miałam niemały problem. Dla mnie jest on dość krzykliwy i głośny. Ale najgorsze jest to, że czyta się go częściowo inaczej niż się pisze. Oczywiście przed wyjazdem przewertowałam słowniczek i wydawało mi się, że załapałam kilka słówek. Rzeczywistość zdecydowanie zweryfikowała moją wymowę. Na pewno warto nauczyć się podstawowych zwrotów. 

bună dimineața (czyt. buna diminiatsa), bună ziua - dzień dobry (zdecydowanie częściej używana druga opcja, nawet wcześnie rano)
mulțumesc (czyt. mulcumesk) - dziękuję
la revedere - do widzenia (uwaga! ja przez cały czas mówiłam: ariwedere :D i rozumieli) 

Gdy witaliśmy się, dziękowaliśmy i żegnaliśmy po rumuńsku, ludzie traktowali nas bardziej przyjaźnie. Czasem po odejściu od kasy coś jeszcze mówili uśmiechając się. Mam nadzieję, że było to "zapraszamy ponownie" lub "miłego dnia" :) 

Niektórych słów szybko nauczycie się jeśli jesteście wzrokowcami. Dni tygodnia, czy godziny otwarcia i podstawowe liczebniki, nie będą problemem. Gorzej, gdy odwiedzicie knajpkę, w której menu będzie tylko w języku rumuńskim, a obsługa nie powie słowa po angielsku, niemiecku.
Co nam zostanie? Język migowy ;-) Zdarzało nam się także tłumaczyć niektóre słowa w tłumaczu google (gdy nie znaleźliśmy ich w naszym mikroskopijnym słowniczku). Czasem szukaliśmy też zdjęć potraw, rozkminiając później poszczególne składniki. Kiedy już naprawdę nam nie szło dogadywanie się, przetłumaczyliśmy w google translatorze zdanie z polskiego na rumuński i puściliśmy dźwięk (czytanie ;)) . Udało się! Cel został osiągnięty! :) 


Jedzenie

Rumuńska kuchnia nie kojarzyła mi się z żadnym tradycyjnym specjałem. Przed wyjazdem poszperałam trochę i poszukałam czego będziemy mogli spróbować. No bo jak już się jedzie do innego kraju, regionu, to warto zawsze skosztować czegoś lokalnego, czego na co dzień w  domu się nie zje. Na uwagę na pewno zasługują: 

- plăcintă, a więc smażone placuszki z ciasta drożdżowo-naleśnikowego z nadzieniem z sera, jajka, ziemniaków, pieczarek itp. Nam do gustu tak bardzo przypadły te z serem (cu branza), że żadnych innych nie chcieliśmy już próbować. Najczęściej można je kupić w niewielkich budkach za ok. 3-4 lei / szt. 

- mamałyga (w menu można znaleźć angielską nazwę polenta) czyli drobna kasza kukurydziana, która często podawana jest zamiast ziemniaków jako dodatek do dania głównego. Można ją także zjeść jako samodzielne danie. Wówczas warto wybrać np. mamałygę z serem i skwarkami (mamaliga cu branza si jumari). Mnie to danie smakowało bardzo, przypominało w smaku trochę słowackie haluszki. Polacy, których poznaliśmy w Rumunii, jedli "gołą" wersję mamałygi i nie byli zachwyceni.  Ale podobno dostać ją można także m.in w wersji ze śmietaną, jajkiem sadzonym, sosem czosnkowym, w formie zapiekanki czy na słodko. 

- mici (mititei) - niewielkie grillowane wałeczki z mięsa mielonego (czasem baraniego), często sprzedawane na sztuki. Niby nam smakowały, chociaż raz trafiliśmy na nieco zwęglone, a raz na bardzo nasączone tłuszczem (pewnie były odsmażane)

- sarmale , a więc mini gołąbki, owijane w liście kapusty lub winogron. W skład farszu wchodzą mięso, ryż, ale czasem też grzyby lub słonina. Miałam ogromną ochotę ich spróbować, ale gdy raz udało mi się znaleźć je w menu, okazało się, że się tego dnia już skończyły. No cóż, spróbuję chyba sama zrobić je w domu. Nawet znalazłam już przepis u samego Makłowicza! Będę musiała go jednak zmodyfikować, bo ciężko będzie mi znaleźć w sklepach liście winogron...

- ciorba de burta, czyli "zupa z brzucha", a więc rumuńskie flaki. Podobno ma swoich zagorzałych fanów, ale też przeciwników. Mnie takie specjały nie rajcują, więc nie próbowałam, ale poznanym Polakom jednak zupa z brzucha nie przypadła do gustu. 

- papanasz - mniam mniam! Rodzaj deseru, którego bazą jest pączek serowy. Na nim wylądował mały pączuś. Całość zalana pyszną śmietaną, sosem owocowym (u nas z jagodami) i posypana cukrem trzcinowym. Przyznam szczerze, że smakowało mi to bardzo. Po pierwszej degustacji, musiała nastąpić kolejna :) Pyszny deser, którego łasuchy powinny spróbować (koszt ok. 8 lei):


- covrigi - precle dostępne w małych budkach z pieczywem. Posypane sezamem, makiem, solą lub nadziewane. Fajna przekąska, zbliżona trochę smakiem do naszych rogali. Koszt ok. 1-2 lei

Będąc w Rumunii, warto spóbować rozmaitych serów. Sporo dostępnych jest nawet w zwykłych marketach. Mnie zachwyciły sery telemea. Smakiem przypominają ser feta. Dostępne w wariantach krowich, owczych, kozich i mieszanych. Smaczne też są sery typu kaszkawał, więc próbujcie do woli. Na pewno znajdzie się coś, co zachwyci Was smakiem. Owoce i warzywa można często kupić przy ulicy. Są miejscowości, wzdłuż ulic których ustawiają się niewielkie stragany, oferujące warzywa z ogródka czy własne przetwory czy inne domowe wyroby. 

Alkohol

Co ciekawe nawet przy drodze można nabyć alkohol własnej roboty. W zależności od regionu nazywany jest palinką, horinką lub Țuicą. To nic innego jak pędzony z owoców bimber o zawartości alkoholu powyżej 50%. Podobno w Rumunii produkcja własnego alkoholu w dużej ilości jest legalna (na swój użytek). Niby nie można go sprzedawać, ale chyba przymyka się na to oko. Palinka sprzedawana jest w plastikowych butelkach po coli, wodzie. Za półlitrową butelkę trzeba zapłacić ok. 12-20 lei. Ceny piwa znajdziecie powyżej w sekcji ceny. Ogólnie alkohol (poza piwem) w porównaniu do polskich warunków  jest trochę tańszy. Zarówno ten kupowany w sklepie, jak w lokalach. Warto spróbować rumuńskich win, a smakosze mocniejszych trunków mogą sięgnąć po rumuński winiak Alexandrion. W Cafe Barze serwującym głównie alkohol, za 100 ml płaciliśmy zaledwie 10 lei. 

pamiątki z podróży ;) wśród alkoholi z Rumunii, także produkty słowackie i węgierskie


Mapy i literatura, aplikacje na telefon

Moim podstawowym źródłem wiedzy o północnej Rumunii, jest przewodnik wydany przez Oficynę Wydawniczą "Rewasz" - Przewodnik po północnej Rumunii Bukowina Maramuresz - Stanisław Figiel, Piotr Krzywda (Pruszków 2014). Autorzy opisują szczegółowo historię , geografię, kulturę. Dużo miejsca poświęcają atrakcjom poszczególnych miejscowości. Atutem publikacji jest również opis kilkunastu szlaków w kilku pasmach górskich Maramureszu i Bukowiny. Znajdziemy tu także garść informacji praktycznych (niestety niektóre się zdezaktualizowały) , mini słowniczek i rozdział o kulinarnych przysmakach. Przed wyjazdem szukałam także informacji na innych blogach podróżniczych. Niestety tym razem nie polecam travelbooka, mojego ulubionego wydawnictwa podróżniczego Bezdroża. "Transylwania i Marmarosz", bo o nim mowa, skupia się głównie na Transylwanii. O Maramureszu jest zaledwie dwadzieścia kilka stron i chociaż napisane ciekawie, to trochę za mało... 
Jeśli chodzi o mapy, to jestem zwolenniczką korzystania z papierowych , bez takich nie wybieram się w ogóle w góry. Przed wyjazdem kupiłam dwie mapy: Maramuresz (Maramuresului). Mapa turystyczna 1:65 000 (wydawnictwo  Schubert&Franzke) oraz Bukowina i Maramuresz. Góry Rodniańskie. Laminowana mapa samochodowo-turystyczna. (TerraQuest). Ta pierwsza jeszcze jakoś zdała egzamin w terenie, natomiast druga okazała się zbyt mało dokładna (kiepska skala - 1:250 000 region + Góry Rodniańskie 1:75 000). Jakość i częstotliwość oznakowania szlaków w górach Maramureszu daleka jest od ideału, więc wielokrotnie musieliśmy się wspomagać aplikacjami w telefonie. Maps 3D, Locus Map, mapy.cz - te aplikacje sprawdzają się bardzo dobrze w terenie. Trzeba mieć jednak połączenie z internetem lub wcześniej ściągnąć wybrany fragment mapy. Podczas planowania tras, przed wyjazdem, bardzo często korzystam ze strony mapa-turystyczna.pl, jednak na razie szlaki na tej stronie nie obejmują Rumunii. Powyższa strona ma też taką wadę, że podczas planowania, uwzględnia tylko znakowane szlaki turystyczne. Nieco bardziej rozbudowana pod tym względem (chociaż trochę trudniejsza w obsłudze, jak dla mnie)  jest witryna mapy.cz (w języku czeskim). Przed wyjazdem, właśnie dzięki niej zaplanowałam górskie trasy, które w większości zrealizowaliśmy. 

Poniżej linki do wszystkich wpisów, dotyczących Rumunii, które znajdziecie na blogu: 
Jeśli macie jakieś pytania, możecie śmiało zadać je w komentarzu :-)

piątek, 27 września 2019

Rumunia: Atrakcje Maramureszu, czyli co zwiedzać, jeśli nie chcemy iść w góry

Maramuresz jest uznawany przez wielu za jeden z najbardziej atrakcyjnych regionów Rumunii. Nas najbardziej ciągnęły w tamte rejony góry, ale staraliśmy się także nie zaniedbać odwiedzenia kilku bardzo interesujących z punktu widzenia turystyki miejsc. O naszej przejażdżce Mocăniţą mogliście już na blogu przeczytać. Nie była to jednak jedyna atrakcja, na którą się skusiliśmy. 

Pisząc o Maramureszu, trzeba wspomnieć o ośmiu drewnianych cerkwiach wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Należą do nich: 

  • cerkiew Ofiarowania Maryi w Świątyni w Bârsanie z 1720 roku
  • cerkiew św. Mikołaja w Budești z 1643 roku 
  • cerkiew pod wezwaniem św. Paraskewy w Desești z 1770r. 
  • cerkiew Narodzenia Matki Bożej (din Vale, czyli „w dolinie”) w Ieud z 1717 r. 
  • cerkiew pod wezwaniem Świętych Archaniołów w Plopiș z 1796/1798 r. 
  • cerkiew pod wezwaniem św. Paraskewy w Poienile Izei z 1604 r. 
  • cerkiew pod wezwaniem Świętych Archaniołów w Rogoz z 1663 r. 
  • cerkiew pod wezwaniem Świętych Archaniołów w Șurdești z 1721 r. 
Nam udało się zwiedzić trzy z powyższych. Każda okazała się inna i ma zupełnie odmienny charakter. Jeszcze do niedawna, aby zwiedzić cerkiew, trzeba było dzwonić pod numer telefonu przywieszony na jej drzwiach. Obecnie trochę to się zmieniło, bo cerkwie są otwarte w określonych godzinach (czasem z przerwami). Mimo to, nadal wiszą numery telefonu. Na szczęście przeważnie dzwonić nie musieliśmy. Wstęp do cerkiew jest płatny (także do tych spoza listy UNESCO). Są to jednak kwoty rzędu 3-4 leje. 

Cerkiew w Ieud

Długo jej szukaliśmy i nasza pierwsza wizyta w Ieud, zakończyła się fiaskiem i odwiedzeniem innej cerkwi przy równoległej ulicy. Gdy się po fakcie zorientowałam, nie chciałam odpuścić i przyjechaliśmy do Ieud raz jeszcze. Tym razem udało nam się zwiedzić tę właściwą, wpisaną na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Aby do niej dotrzeć, najlepiej kierować się na muzeum etnograficzne. Kawałek za nim, droga skręca łagodnie w lewo i prowadzi do bezpłatnego parkingu, na którym warto zostawić auto (na mapach google jeszcze nie został zaznaczony). Przy parkingu można skorzystać także z darmowych toalet. Stąd w kilka chwil podejdziemy do cmentarza, na terenie którego znajduje się cerkiew w dolinie (Biserica din Vale).





Podczas naszej wizyty, cerkiew akurat przechodziła remont, na szczęście jej wnętrze mogliśmy podziwiać w pełnej krasie. Malowidła przedstawiają sceny biblijne, postacie  świętych i patriarchów prawosławnych. W górnej części świątyni znaleziono dokument, nazywany Kodeksem z Ieud, który uważany jest za najstarszy dokument spisany w języku rumuńskim (datowany na rok 1391). 


Cerkiew w Poienile Izei

Żeby dotrzeć do tej cerkwi, skorzystaliśmy z pomocy nawigacji, która sprawnie doprowadziła nas do niewielkiego parkingu, na którym mieszczą się max 3-4 samochody. Zaparkowaliśmy więc kilkaset metrów wcześniej na poboczu, w okolicy sklepu spożywczego. Akurat trafiliśmy na przerwę w zwiedzaniu świątyni i gdy zadzwoniłam pod numer podany na drzwiach świątyni, usłyszałam "ora două", co wyjątkowo udało mi się zrozumieć (☺), więc grzecznie poczekaliśmy na godzinę drugą  (14:00)  na rozpoczęcie zwiedzania. 



W sąsiedztwie zabytkowej cerkwi znajduje się większa, nowsza. Jakoś nas już to nie dziwiło. Naoglądaliśmy się po drodze tylu cerkwi zbudowanych jedna obok drugiej, że tym razem wydawało nam się to już normalne..





Wnętrze tej cerkwi sprawia nieco bardziej ponure wrażenie. Jest ciemniejsze, chłodne, ale oczywiście z charakterystycznymi kolorowymi akcentami. 



Malowidła w jej wnętrzu przedstawiają sceny ze Starego i Nowego Testamentu.



Z pewnością uwagę każdego przykują freski pokazujące sceny z piekła. Autor ukazał je w sposób dość specyficzny. Diabły torturują grzeszników. Co ciekawe, zdecydowaną większość stanowią wśród nich kobiety ;-) 




Cerkiew w Bârsanie

Aby dotrzeć do cerkwi z listy UNESCO w Bârsanie , najlepiej szukać drogowskazu na kemping Bârsana Bradova i piąć się wąską drogą pod górę aż zobaczymy parking i ciemnozielony budynek z toaletami. Można zatrzymać się autem nieco niżej i przejść przez niewielką furtkę, sad i cmentarz, ale z pewnością łatwiej namierzyć pierwsze miejsce. 



Bardzo miło zaskoczyła nas tutaj "obsługa" cerkwi. Dwie młode dziewczyny, sprzedające bilety wstępu, profesjonalnie odpowiadały na nasze pytania po angielsku. Dzięki czemu mogliśmy się dowiedzieć kilku ciekawych informacji. Po wpisaniu cerkwi na listę światowego dziedzictwa UNESCO, nabożeństwa się już tu nie odbywają. Wyjątkiem jest dzień Wszystkich Świętych. Świątynia przeszła poważny remont, podczas którego częściowo ją rozebrano. W jej wnętrzu możemy podziwiać malowidła wykonane przez Toadera Hodora i Ioana Plohoda.







Skoro jesteśmy już w Bârsanie, należy wspomnieć o prawosławnym kompleksie klasztornym. Znajduje się on w zasadzie przy granicy Bârsany i wyjeździe z miasta w stronę Bogdan Vody. To jedno z bardziej turystycznych miejsc Maramureszu. Na całkiem sporym parkingu przed kompleksem w słoneczny dzień zatrzymuje się wiele samochodów. Podjeżdżają też autokary z wycieczkami z wielu miejsc Europy. Tak więc na rumuńskie warunki, jest tu dość tłoczno. 



Kompleks powstał w latach 1991-94. Drewniane budowle wzniesiono w charakterystycznym dla Maramureszu stylu. Gdy wejdziemy przez bramę, ukażą nam się naprawdę piękne oblicze tego miejca. Na uwagę oczywiście zasługuje przepiękna architektura, jednak wzrok ciężko oderwać od zadbanych trawników czy usłanych kwiatami alejek. Całość sprawia nieco baśniowe wrażenie.




W jednym z budynków ulokowano muzeum, które koniecznie trzeba zwiedzić! Wstęp kosztuje zaledwie 1 lej (ok. 1 zł) i w ramach tej symbolicznej opłaty zobaczymy m.in. ikony z początku XIXw. autorstwa  Toadera Hodora, pochodzące m.in. z cerkwi Ofiarowania Maryi w Świątyni w Bârsanie (tej wpisanej na listę UNESCO) czy zabytkowe książki. Najstarszym egzemplarzem jest rękopis datowany na 1561r. natomiast wiek kopii Nowego Testamentu szacuje się na 1648r. 

najstarsze w muzeum książki


prace Toadera Hodora

Na drugim piętrze zobaczymy elementy tradycyjnego wystroju marmaroskich wnętrz, w tym wiele przedmiotów robionych własnoręcznie. Zapoznamy się tu także z ludowymi strojami, z którymi kojarzony jest region Doliny Izy. 





Ostatnie piętro stanowi swego rodzaju galerię przedmiotów wykonanych przez siostry zakonne. Wszystkie można kupić. Są to zarówno pamiątki sakralne, ręcznie malowane ikony, ale także np. ręcznie wyszywane serwetki, elementy stroju, ceramika, ludowe chustki czy słomkowe kapelusze, z których słynie region. 


Pamiątki kupimy także w bramie kompleksu oraz w jeszcze jednym budynku wchodzącycm w jego skład. Stragany czekają na turystów także przy parkingu. 
Niektóre z obiektów można oglądać tylko z zewnątrz, gdyż stanowią miejsca mieszkalne i gospodarcze. 


Ale nawet sam spacer ukwieconymi alejkami sprawia naprawdę dużo przyjemności. Mnogość gatunków kwiatów (i kolorów!) przyprawia o zawrót głowy. Warto zarezerwować sobie na to trochę czasu. 








Będąc w tym miejscu, warto wejść również do Cerkwi Dwunastu Apostołów. Jej wieża mierzy aż 56 metrów i jest najwyższą tego typu budowlą w Maramureszu. 


Jej wnętrze pokryte jest malowidłami, wzorowanymi na tych, jakie możemy oglądać w zabytkowych cerkwiach okolicznych miejscowości. Kto wie, może za kilkaset lat będą miały podobną do nich wartość?


wnętrze cerkwi Dwunastu Apostołów

Jeśli zgłodniejemy zwiedzając kompleks klasztorny, nie musimy się martwić. Przy parkingu działa m.in. samoobsługowy bar z tradycyjnymi rumuńskimi potrawami (m.in. sarmale, mamałyga, mici, zupy itp. ). Jest tu także punkt, gdzie kupimy pyszne plăcinty, a więc smażone placki nadziewane np. serem, pieczarkami, jajkiem czy ziemniakami no i kilka budek z pamiątkami, w których nabyć można także napoje i drobne przekąski. W samej Bârsanie znajdziemy kilka marketów i mniejszych sklepów. Większość otwarta jest siedem dni w  tygodniu. 

Syhot Marmaroski

Opuszczamy Bârsanę i kierujemy się ok. 20 km na północ, w stronę ukraińskiej granicy - do Syhotu Marmaroskiego. Jeśli macie w telefonie ustawiony automatyczny wybór sieci, zachowajcie czujność, bo ściąga tam już zasięg ukraiński i  w kilka chwil można się pozbyć np. limitu danych internetowych! Syhot Marmaroski jest głównym miastem północnego Maramureszu, zamieszkanym przez niespełna 45tys. osób. Miasto może poszczycić się z pewnością kilkoma ważnymi zabytkami (głównie okazałe świątynie), secesyjnymi kamienicami i klimatycznymi zaułkami. Nas najbardziej zainteresowało jednak Muzeum Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu Oporu (Muzeul Memorialului Victimelor Comunismului și ale Rezistenței), które znajduje się w gmachu dawnego więzienia politycznego. 




Wstęp kosztuje 10 lei (ok. 10 zł). Do zwiedzania udostępniono wiele sal ekspozycyjnych, a część wystaw ulokowano w dawnych celach więziennych. Przy wejściu każdy (polski) turysta otrzymuje przewodnik w rodzimym języku. Przyznam szczerze, że bez tego, zwiedzanie muzeum byłoby nieco pozbawione sensu, gdyż większość dokumentów, zdjęć i przedmiotów opisano jedynie w języku rumuńskim. 


Zapoznając się z treścią przwodnika nietrudno znaleźć elementy wspólne historii Rumunii jak i naszego kraju. Tu także działo się wiele złego i sporo czasu musiało minąć, by kraj ten jako tako stanął na nogi. Mimo to, w wielu miejscach znajdują się nadal pamiątki komunistycznego reżimu, czasów niezwykle trudnych dla całego narodu rumuńskiego. 

Te mroczne czasy przypadają na lata po zakończeniu II wojny światowej, gdy do władzy powoli dochodziła partia komunistyczna. Represje, szykany o podłożu politycznym zaczęły stanowić tu codzienność. Władzy zależało na likwidacji elit - intelektualistów, duchowieństwa, studentów, przedsiębiorców itp. Wybory były fałszowane, zniesiono partie polityczne i podporządkowano kraj jednopartyjnej dyktaturze. Oczywiście niemały wpływ na sytuację Rumunii miały wątki sowieckie. To właśnie Sowieci praktycznie rządzili przez cztery dziesięciolecia państwem rumuńskim! (do władzy dostali się właśnie wskutek sfałszowanych wyborów). Pojawiły się represje wobec kościołów różnych wyznań. Księży i biskupów aresztowano, zszyłano na pobyt w prawosławnych klasztorach. Niektórzy trafiali do więzienia w Syhocie. Ci, którzy utrzymywali kontakty międzynarodowe nierzadko byli likwidowani (uważani za szpiegów, oszustów). Doszło do kolektywizacji wsi. Początkowo posiadłości ziemskie ograniczono do 50 ha, następnie wprowadzono obowiązek oddawania części plonów na rzecz państwa. W ten sposób chciano wymusić, by rolnicy (poprzez pogarszającą się sytuację życiową) dołączali do państwowych gospodartw rolnych (GAS). Oczywiście ci, którzy przeciwstawiali się żądaniom władzy byli aresztowani, uważani za szabotażystów, przesiedlani itd. Ludzie pragnęli zmian, przeciwstawiali się wielu decyzjom rządu. Dochodziło do zamieszek z udziałem policji, które kończyły się często w oczywisty sposób. W latach 1948-1960 więzienia były przepełnione, więc tworzono obozy pracy przymusowej, wysiedlano i deportowano ludzi uważanych za najbardziej niebezpiecznych. 
Za ojców rumuńskiej demokracji uważa się  Iuliu Maniu jak i  Ion Mihalache. Obaj przepłacili walkę o swój kraj i bunt wobec władzy życiem. Maniu zmarł tu, w więzieniu w Syhocie w 1953r. , a Mihalache został przeniesiony z Syhotu do więzienia w Râmnicu Sărat, gdzie schorowany i szykanowany zmarł (1963r. ). Sala nr 9 stanowi rekonstrukcję celi śmierci  Iuliu Maniu. 


Długo można jeszcze o tym wszystkim pisać. Historia naprawdę szokująca i ciężko w to wszystko uwierzyć. Piekło trwało tu naprawdę przez dziesiątki lat! Dosięgnęło także szkolnictwa, sztuki, kultury, w zasadzie każdej dziedziny życia. Przypominają o tym rozmaite ekspozycje, niektóre mające symboliczny wydźwięk. Wystawy wspominają także Nicolae Ceaușescu, prezydenta Rumunii, który dla Narodu zrobił także wiele złego. Jeśli miał ochotę, wyburzał zabytki, stawał na ich miejscu kanciaste budynki użyteczności publicznej. Kazał ustanowić dzień swoich urodzin świętem narodowym i traktować siebie jak wodza, przywódcę. Artyści przedstawiali parę prezydencką w swoich dziełach. Na malowidłach nadawano im często nawet boskie cechy. Część z nich można oglądać w muzeum w Syhocie. Warto poszerzyć wiedzę o Nicolae Ceaușescu (np. tutaj: https://ciekawostkihistoryczne.pl/2016/08/23/najwieksze-zbrodnie-nicolae-ceausescu/), bo podane przeze mnie przykłady są najlżejszymi jego przewinieniami. W zakamarkach internetu można wciąż zobaczyć wideo z publicznej egzekucji pary prezydenckiej. 





Więzienie w Syhocie Marmaroskim powstało w ostatnich latach XIXw. Początkowo było więzieniem karnym, z czasem służyło przetrzymywaniu głównie więźniów politycznych. W połowie XX wieku stało się placówką szczególnego nadzoru. W 1975r. więzienie w tym miejscu zlikwidowano. Budynek służył jako magazyn. Przez lata popadał w ruinę, aż do czasu, gdy udało się wreszcie zrealizować w jego murach projekt muzeum. Obiekt jest pierwszym na świecie miejscem pamięci ofiar komunizmu. 

Kilka gablot oraz całą jedną salę poświęcono wydarzeniom w Polsce jako przykład zrywu obywateli po wolność. 










Na koniec warto wejść na dziedziniec wewnętrzny, gdzie znajduje się Orszak Ofiar, a więc grupa rzeźbiarska składająca się z 18 postaci prowadzonych przez osobę bez głowy. Z czasem stała się symbolem tego miejsca. 


Obok pomnika znajduje się kaplica i Miejsce Zadumy, a wzdłuż prowadzącej do niej drogi wygrawerowano nazwiska kilku  tysięcy osób, które zmarły w rumuńskich więzieniach politycznych, miejscach zsyłek czy pracy przymusowej. 


Na zwiedzenie muzeum w Syhocie warto zarezerwować sobie co najmniej 2 godziny. Spacer z przewodnikiem w rodzimym języku z pewnością potrafi zaciekawić i sprowokować do poszerzania wiedzy. 


W Syhocie Marmaroskim znajduje się jeszcze jedno muzeum, które chcieliśmy odwiedzić - Muzeum Wsi Marmaroskiej. Zostawiamy je sobie na kolejny pobyt w Maramureszu :)

Wesoły Cmentarz w miejscowości Săpânța

Jestem pewna, że każdy planujący wyjazd do północnej Rumunii, prędzej czy później przeczyta lub usłyszy o Wesołym Cmentarzu. To jedna z najważniejszych atrakcji regionu, więc nie mogliśmy jej ominąć. Okolica cmentarza okazała się najbardziej turystycznym miejscem, jakie widzieliśmy podczas całego pobytu w północnej Rumunii. Mnóstwo tu sklepików, straganów, oprócz tego znajdziemy tu  kilka budek z jedzeniem i małych knajpek.

Początki cmentarza sięgają 1935r., kiedy to Stan Ioan Pătraș stworzył pierwszy "wesoły" nagrobek. Z czasem zaczęły powstawać kolejne w tym samym stylu. Charakteryzują się one specyficzną barwą (nazywaną: albastru din Săpânţa) i ornamentyką. Mają dwuspadzisty daszek, zazwyczaj pięknie zdobiony. Na nagrobkach namalowano zmarłych w sytuacjach z ich życia codziennego, przedstawiając często  ulubione czynności  lub zawody, którymi się trudnili. Są też nagrobki, gdzie ukazano przyczyny śmierci zmarłego, w tym m.in. potrącenie przez samochód, śmierć na wojnie czy... morderstwo! Poniżej malowideł przeczytać można informacje na temat życia, podobno prawie zawsze zabarwione humorystycznie. Rumuńskich turystów od razu można było poznać, bo czytając je, głośno chichotali. Nam pozostało oglądanie obrazków i domyślanie się jaką historię w sobie kryją...













Warto odnaleźć nagrobek założyciela Wesołego Cmentarza, Stan Ioan Pătrașa. Rzeźbiarz sam stworzył krzyż, pod którym teraz spoczywa. W 1977r. , po jego śmierci, tradycję rzeźbienia i malowania charakterystycznych nagrobków przejął Dimitru Pop. Dziś  wciąż ich przybywa. Oczywiście różnią się one od tych, które powstawały kilkadziesiąt lat temu, jednak ich rozpoznawalna forma została jak najbardziej zachowana



Po środku cmentarza wzniesiono okazałą cerkiew, pasującą stylem do tego miejsca. Podczas naszej wizyty jej wnętrze było niestety przykryte folią (prawdopodobnie remontowane). 




  W 1999 roku Wesoły Cmentarz w Săpânţa został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Obecnie na jego terenie znajduje się ok 900 nagrobków.




Wejście na teren Wesołego Cmentarza kosztuje 5 lei. Pod samym cmentarzem nie ma parkingu, więc jeśli kilkaset metrów wcześniej znajdziecie wolne miejsce, nie wahajcie się ani chwili, by postawić tam auto. 


Znacie jeszcze jakieś ciekawe miejsca, które warto zobaczyć, będąc w północnej Rumunii?