poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Rumunia: Góry Rodniańskie: Wejście na Pietrosul Rodnei

Przyszedł wreszcie ten dzień. Po obejrzeniu najwyższego wodospadu Rumunii i bajecznej panoramy z Przełęczy Șaua Gărgălău (Klik), postanowiliśmy już dłużej nie czekać  z próbą zdobycia Pietrosula. Mieszkaliśmy na kempingu, który znajdował się przy szlaku niebieskiego paska, prowadzącym na najwyższy szczyt Gór Rodniańskich. Żeby ułatwić sobie podejście, mogliśmy podjechać samochodem ok. 3 km do niewielkiego parkingu. Woleliśmy jednak spakować w plecaki po piwku i na szczycie usiąść ze złotym napojem w ręce, podziwiając okolice ;) 

Tak więc pierwsze trzy kilometry idziemy asfaltem wzdłuż zabudowań. Ale nie jest to taki zwyczajny spacer, gdyż podchodzimy ponad 250 metrów do góry. 


Docieramy do wspomnianego  parkingu. Zmieści się tam naprawdę zaledwie kilka aut. 


do parkingu już niedaleko, w tle Pietrosul

W tym miejscu możemy zdecydować, czy idziemy dalej prosto, czy odbijamy w prawo, by zobaczyć cerkiew Manastirea Pietroasa. 


Manastirea Pietroasa

Nie musimy się spod cerkwi cofać. Przy samym ogrodzeniu świątyni znajduje się zejście na szlak niebieskiego paska (jego drugi wariant). W Rumunii już tak jest, że dwie alternatywne drogi podejścia/zejścia znajdujące się w pobliżu siebie, często znakowane są tymi samymi kolorami. Następnie łączą się po jakimś czasie w jedną nitkę. 

My wybraliśmy wariant z ominięciem cerkwi. Jeszcze chwilę idziemy asfaltem, który następnie zmienia się w gruntową szeroką drogę. 


Parę chwil później zobaczymy tabliczkę informującą o wejściu do parku narodowego. 



Oprócz tej informacji, widzimy duży, podkreślony czerwonym kolorem napis "păstrați curăţenia". Mateusz śmieje się, że może oznacza on "uwaga niedźwiedzie" hłe hłe hłe... W sumie dla mnie może oznaczać cokolwiek, bo do niczego mi ten zwrot nie jest podobny. Ale nie będę Was dłużej trzymać w niepewności... chodziło o utrzymywanie czystości, zakaz śmiecenia. Dla mnie w parku narodowym i gdziekolwiek indziej to oczywista oczywistość... tu jednak, jak się później okazało, często widzieliśmy takie przypomnienia, nie tylko na górskich trasach. 
Całkiem sprawnie pniemy się w górę, szybko zyskujemy wysokość. W dole zauważamy cerkiew, z odwiedzenia której tym razem zrezygnowaliśmy. Jak widać, brama wjazdowa na teren świątyni jest w fazie budowy. 


Nagle słyszymy głosy. Doganiamy czwórkę piechurów, którzy zagadują nas po angielsku. To rumuńscy turyści .Dwójka z Suczawy (ojciec i syn) dołącza do nas i tak sobie miło zaczynamy gawędzić. Oczywiście pojawia się pytanie - skąd jesteśmy. Na hasło "Polonia" panowie wymieniają miasta: Tarnów, Zakopane, Częstochowa, Łódź, Kraków... Padają nazwiska znanych Polaków: Adam Małysz, Robert Lewandowski, Kamil Stoch, Lech Wałęsa ... Któryś z nich rzuca "Legia Warszawa" :) Trochę mi głupio, no bo może z racji moich turystycznych zainteresowań, kilka większych miast Rumunii udałoby mi się wymienić, jednak jeśli miałabym podać nazwiska sportowców lub kogoś z szeroko rozumianej rumuńskiej estrady, byłoby ciężko...
A nie! Jednak znam pewnego rumuńskiego wykonawcę specyficznej muzyki manele... Sandu Ciorbă i jego hicior "Dalibomba". No, ale nie wiem, czy Rumuni są z tego nagrania tacy dumni. W sumie każdy ma swój gust i każdy ma prawo lubić coś innego. 


Zanim dotrzemy do stacji meteorogolicznej położonej na wysokości 1785 m n.p.m. z kilku punktów widokowych możemy spojrzeć na Borszę i okoliczne miejscowości. 


Gdy dochodzimy do stacji, zaczyna mocniej wiać. Czuć, że ta wysokość to już nie przelewki. 


pole namiotowe w pobliżu stacji meteorologicznej

Ścieżka jest tu już dużo węższa, ale cały czas bardzo dobrze widać oznakowanie szlaku. Zmierzamy w stronę jeziora (Lacul Iezer). Przy jego brzegu spotykamy trzech przystojniaków z Polski. Opowiadają nam jak od kilku dni wędrują po górach i mieli okazję obserwować świstaki, a kozy prawie wyjadały im  z garnków jedzenie. Mówię do Mateusza - szukamy świstaków! Tak bardzo chciałabym zobaczyć  takiego stwora, bo do tej pory namierzyliśmy tylko jednego przedstawiciela tego gatunku podczas wędrówki w słowackich Tatrach Zachodnich. 

Lacul Iezer

Zaczyna się nieco szybsze zyskiwanie wysokości. Aby nieco zniwelować stromiznę, trasę poprowadzono zakosami. 




Nie wiem jak to się dzieje, ale nagle orientuje się, że nasi towarzysze zostali trochę w tyle. Od dłuższego czasu nie rozmawialiśmy już ze sobą, bo wiatr i tak prawie uniemożliwiał komunikację. 




Wychodzimy na główny grzbiet. Od wierzchołka Pietrosula dzieli nas już niewiele. Widzimy charakterystyczny domek na szczycie. Raczej będą widoki! - cieszę się skrycie. 



Ostatnie metry podejścia biegną wzdłuż zdezelowanych metalowych barierek. 



Jesteśmy na górze! Akurat para, która gościła tu przed nami zaczyna schodzenie. Mamy więc Pietrosula tylko dla siebie!



Panoramy są kapitalne! Pomimo tego, że przejrzystość nie jest  idealna, gęby nam się cieszą. Dodatkową radość budzi fakt, że za moment otworzymy nasz ulubiony napój ;) 




panorama z Pietrosula 360 stopni (można powiększyć)

Siadamy na kamlotach, rozkoszujemy się chwilą i sączymy to, co w pocie czoła wznieśliśmy w plecakach na górę. Jest cudownie! Dookoła góry, na szczycie oprócz nas nie ma nikogo. To naprawdę świetne uczucie mieć wymarzony szczyt tylko dla siebie. W polskich Tatrach to prawie niemożliwe, szczególnie gdy nie wyjdzie się na trasę skoro świt. 



Pietrosul przepięknie nas ugościł. Moje obawy, że z góry będziemy widzieć tylko gęste białe chmury zniknęły. Nasze marzenie się spełniło. Najwyższy szczyt i pierwszy dwutysięcznik w tym roku zdobyty. 


păstrați curăţenia - zachowaj czystość... a w chatce niezły bajzel...

Po ok. 20 minutach na szczyt docierają turyści z Suczawy. Nie rozsiadają się jednak jak my. Po zrobieniu kilku zdjęć, mówią nam, że rozpoczynają schodzenie i dziękują za wspólny fragment wędrówki.  


Gdy już i my chcemy schodzić, na Pietrosul dociera para Polaków. Chwilkę z nimi rozmawiamy, wymieniając się wrażeniami z pobytu w Rumunii. W końcu zmieniają naszą wartę na szczycie, a my dziarskim krokiem zmierzamy w dół. 






W pewnej chwili, Mati każe mi się nie ruszać. Pokazuje w oddali świstaka! Ale się cieszę! Udaje nam się po cichu podejść całkiem blisko tego futrzaka, a ja próbuję zrobić mu mini sesję, której efekt końcowy (nie do końca zadowalający) możecie zobaczyć na kilku poniższych zdjęciach: 







Kiedy obiekt schował się za skałami, pozostał nam tylko powrót do bazy. 



Wracamy tą samą drogą. Czyli zygzakami w dół, do jeziora, stacji meteorologicznej i szeroką drogą do Borszy na kemping.



Zatrzymujemy się jeszcze przed kempingiem w sklepie spożywczym z ogródkiem piwnym. Wznosimy toast za udany dzień i spoglądamy w stronę Pietrosula. Nie chce nam się wierzyć, że jeszcze kilka godzin temu byliśmy tak wysoko...


Poniżej mapka z zaznaczoną trasą: 

źródło: mapy.cz

Szlak jest całkiem dobrze oznaczony. Nie powinien przysporzyć większych problemów orientacyjnych. W kilku miejscach się rozgałęzia na mniejsze odnogi, ale one się przeważnie później łączą. 
Przejście trasy zajęło nam ok. 7:30 h (4:00h w górę, 3:30h w dół). Zgodnie jednak stwierdziliśmy, że mieliśmy "dzień konia". Niespożyte siły i niezłe tempo -to nawet nas samych zaskoczyło. W ten czas nie wliczyliśmy postoju na szczycie. Myślę, że bezpieczniej będzie jednak zarezerwować sobie na tę wycieczkę nieco więcej czasu (nawet 1-1,5h więcej) i przede wszystkim wyjść na Pietrosul jak najwcześniej rano. Gdy z niego schodziliśmy, przy stacji meteorologicznej kręciło się już naprawdę sporo ludzi. Niektórzy pewnie zmierzali tylko do jeziorka, ale chętnych do zdobycia szczytu również nie brakowało. Pamiętajcie z Borszy na Pietrosul trzeba pokonać ok. 1600 m w pionie! To chyba nawet więcej niż z Palenicy Białczańskiej na Rysy! 


1 komentarz:

  1. Piękna wycieczka w Rumuńskie góry malowniczy krajobraz i piękne zdjęcia

    OdpowiedzUsuń