środa, 4 marca 2020

Góry Kamienne (Góry Suche): Włostowa, Kostrzyna, Suchawa, Waligóra, Bukowiec, czyli przez najwyższe szczyty "Sudeckich Tatr".


Drugi dzień  w Górach Kamiennych  rozpoczęliśmy od krótkiego spaceru po Sokołowsku, gdzie  się zatrzymaliśmy na noc. Niewielka miejscowość, której uzdrowiskowy charakter przyniósł niegdyś sporą popularność, dziś jest spokojną wsią, do której na pewno warto zajrzeć, będąc w pobliżu.  

"Pawi Ogon" - nasze miejsce noclegowe


W 1855 r. powstał tu ośrodek leczenia gruźlicy z nowatorską metodą dietetyczno-klimatyczną. Metodę tę zainicjował doktor Herman Brehmer, który twierdził, że chorym do wyzdrowienia potrzebna jest specjalna dieta oparta na warzywach i mięsie, rezygnacja z używek oraz odpowiedni klimat, czyste powietrze, częste spacery, ogólnie ruch na wolnym powietrzu. Przy budynku powstał park, liczne ławki. Z roku na rok przybywało tu ciekawych roślin, pochodzących z różnych stron świata. Można sobie wyobrazić jak pięknie to wszystko wyglądało. Z czasem zaczęto wznosić kolejne budynki sanatoriów. Terapia zaproponowana przez doktora Brehmera zaczęła się sprawdzać. Do Sokołowska zjeżdżali kuracjusze z całej Europy. Pobyt w sanatorium nie należał do tanich, pozwolić na leczenie mogli sobie tylko ludzie zamożni. Po śmierci doktora, w Sokołowsku kontynuowano leczenie kuracjuszy. Ciemne chmury zebrały się nad kompleksem w czasie II wojny światowej i bezpośrednio po niej. Rozgrabiono wyposażenie, budynek najbardziej okazałego sanatorium "Grunwald" podupadł. Kilkukrotnie próbowano go remontować, wznowić działalność uzdrowiskową. Niestety z marnym skutkiem. W 2018 r. rozpoczęto jego odbudowę. Wszystko szło całkiem nieźle, jednak stan, jaki zastaliśmy w lutym tego roku, nie wróży nic dobrego. Może się mylę... Jednak serce się kraje, kiedy patrzy się na okazały gmach "Grunwaldu", a wyobraźnia podpowiada jak to wyglądało w czasach swojej świetności, gdy mieścina ta tętniła życiem... 






Po tym nienapawającym optymizmem obrazie, ruszyliśmy w zaplanowaną górską trasę. Dreptamy do głównego węzła szlaków w Sokołowsku, skąd ruszamy czarnym szlakiem, początkowo asfaltem, w stronę granicy z Czechami.  





Po prawej stronie widzimy cerkiew Św. Michała Archanioła, a chwilę po tym jak ją miniemy, wchodzimy w las. 



Odbijamy w lewo na trasę znakowaną na niebiesko i rozpoczynamy bardzo strome podejście na pierwszego "potwora" - Włostową. Kruche podłoże, wymieszane ze śniegiem, spory kąt nachylenia zbocza i problemy z utrzymaniem równowagi wyciągają z moich ust niecenzuralne słowa, które cedzę sobie cichutko pod nosem. Słyszałam, że wejście na Włostową nie należy do przyjemnych, ale żeby aż tak? :) 

podejście na Włostową

Na otarcie łez i stłumienie emocji, co jakiś czas pojawiają się prześwity, dzięki którym można obejrzeć trochę najbliższej okolicy... 

Stożek Wielki


Z trasy widać także Karkonosze z majestatyczną Śnieżką na czele.




Pani Włostowa, dlaczego jesteś jeszcze tak daleko? :P 
Końcówka podejścia na Włostową okazuje się łagodniejsza. Mimo to, z ulgą spoglądamy na drewnianą tabliczkę z nazwą szczytu. Nie wiemy co jeszcze nas czeka... 


Zejście na szczęście nie przysparza większych problemów. Może co jakiś czas podpieram się rękami, ale wszystko mamy mniej więcej pod kontrolą. Czas podejść na Kostrzynę, wyższą od Włostowej o 3 metry. Dyszymy, sapiemy, ale mamy to! Kostrzyna pada naszym łupem. Warto się tu wdrapać, gdyż jej wierzchołek jest w części niezalesiony i można z niego podziwiać rewelacyjną panoramę. Jak na dłoni widoczne  stąd są  m.in. Lesista Wielka, Stożek Wielki, Masyw Dzikowca, Mniszek, Chełmiec, Bukowiec, Borowa czy nawet Ślęża!

Stożek Wielki, Lesista Wielka, Masyw Dzikowca... 



Ślęża

Borowa

Sokołowsko widziane z Kostrzyny


Czas na trzecią, najwyższą  górę w tej linii - Suchawę (928 m n.p.m.). Ale najpierw zejście z Kostrzyny... Właśnie ono przysporzyło nam najwięcej kłopotów do tej pory. Strome jak jasny pierun! Ślisko, grząsko, dla mnie dość trudno. Trochę musiałam się podeprzeć rękoma i szukać świeżego śniegu, bo po nim szło mi się najwygodniej, zgarniając całkiem niemałe jego ilości do wnętrza butów ;) 

zejście z Kostrzyny

Kiedy już się bezpiecznie obniżyliśmy i spojrzeliśmy w górę, ciężko było nam uwierzyć, że pokonaliśmy tę "ścianę". 


Chwilę później nasze myśli zaprzątały już piękne widoki na czeską stronę. Rozpoznaliśmy charakterystyczną wieżę widokową znajdującą się na granicznym szczycie Ruprechtickiego Szpiczaka. Podejście na Suchawę okazało się przyjemne i bardzo malownicze. Szybko osiągnęliśmy ten kolejny punkt pośredni. 

Ruprechticky Szpiczak


Dalej szło się bardzo przyjemnie, było jak w bajce... Piękna zima, skrzypiący pod butami śnieg, łagodnie w dół... można było odetchnąć. 


W końcu osiągamy Rozdroże pod Waligórą i musimy podjąć decyzję, czy schodzimy od razu do Andrzejówki, czy po drodze wejdziemy jeszcze na Waligórę, najwyższy szczyt Gór Kamiennych. Kto na nim był, ten wie, że podejście od strony tego klimatycznego schroniska jest prawdziwym wyzwaniem. Niespełna 150 metrów różnicy wysokości, w letnich warunkach ok. 20 minut drogi. A zimą? Zimą jeszcze nigdy na Waligórze nie byłam. Trzykrotnie zdobywałam go w pięknym słońcu, za każdym razem po drodze padając na cztery łapy ;P 

Rozdroże pod Waligórą

Podejście pod Waligórę od strony rozdroża nie stanowiło problemu. Sprawnie wleźliśmy na górę, bez odrobiny zawahania. Prawdziwa "zabawa" miała się zacząć dopiero teraz. 




Zejście  do łatwych, zgodnie z przypuszczeniami, nie należało. Waligóra jest dość popularnym szczytem, tak więc trasa była udeptana, śliska i pioruńsko stroma. Musiałam wspomagać się rękoma, nieraz przysiąść na rzyci (byle nie za długo, bo lód od razu szczypał tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę 👀). Schodziliśmy z Waligóry dobre kilkadziesiąt minut. Ale było warto dla satysfakcji i mocniejszego bicia serca się troszkę pomęczyć. 

Waligóra 

Przy Andrzejówce było gwarno, tłoczno. Na parkingu brakowało wolnych miejsc... W końcu okoliczne wzniesienia i górki służą wielbicielom sportów zimowych czy miłośnikom zabaw na śniegu. W schronisku ludzi tyle, że zaparowały szyby... No, ale czeskie piwko z kija by się wypiło :) Mieliśmy niewiele zapasu czasu. Nie wiedzieliśmy jakie warunki panują na podejściu (i zejściu!) z Bukowca, w kierunku którego chcieliśmy kontynuować marsz. Kolejka do kasy dość spora. A tam dwie panie wydziwiają i nie wiedzą, co chcą zamówić. Pytają się dzieci, co by zjadły. Krzyczą do swoich towarzyszy, siedzących przy stołach i przy kasie ustalają dopiero swoje rodzinne menu. Obsługa podlicza, panie płacą, po czym domawiają jeszcze jedną czekoladę na gorąco. I gulasz jeszcze jeden też wezmą... "a w sumie z czego ten gulasz?" Trwało to dobre 10 minut! hm... Do meritum... Stojąc w kolejce można było spokojnie pomyśleć i zastanowić się nad zamówieniem, zamiast stać z nosem w telefonie i blokować później kasę, wprowadzając nie tylko nas w nerwowy nastrój ;-)
Teraz takich sytuacji będzie nieco mniej, bowiem od 2.03. 2020 r. w Andrzejówce przestała działać kuchnia. Oznacza to, że nie zjemy tu już ciepłego posiłku. Kupimy jedynie napoje i drobne przekąski. Dla mnie to nieoceniona strata... 

Gdy wreszcie udało nam się ugasić pragnienie, ruszamy dalej, czerwonym szlakiem, na Bukowiec. Tłum ludzi zostaje w Andrzejówce, po drodze spotykamy zaledwie 4 inne osób. Trasa jest bardzo malownicza. Po lewej stronie możemy oglądać szczyty, które tego dnia zdobyliśmy... Suchawa, Kostrzyna, Włostowa... wcześniej w tyle zostawiamy Waligórę...





Suchawa, Kostrzyna, Włostowa... 

Jednak niech nikogo nie zwiedzie stosunkowo szeroka ścieżka, na którą wyjdziemy tuż przed osiągnięciem ok. 800 m n.p.m.... tak miło nie będzie aż do szczytu. W zasadzie odbicie w prawo, w górę, łatwo przegapić. Jednak gdy tak się stanie, według mapy, prędzej czy później dotrzemy tą drogą do szlaku czerwonego, prowadzącego na Bukowiec z Sokołowska. Nam udało się znaleźć ten dość kiepsko oznaczony skręt szlaku, który zwiastował bardzo strome gramolenie się pod górę. 


Gdzieś pomiędzy drzewami zaintrygowała nas wydeptana w śniegu ścieżka. Pognaliśmy nią do granicy lasu z nadzieją, że oczom naszym okaże się bardzo interesujący widok na kopalnię melafiru. Niestety z tego punktu niewiele można dostrzec. Z pewnością musimy wrócić na ten szlak w okresie letnim. Może wówczas uda nam się odkryć miejsca, z których widać coś więcej. 



Jeszcze trochę czasu zajmie nam podejście do tabliczki z nazwą szczytu. Warto jednak wspomnieć, że Bukowiec posiada aż trzy wyróżniające się wierzchołki. Tabliczka i skrzyżowanie szlaków znajduje się na średnim pod względem wysokości- 886 m n.p.m. Stąd niebieskim szlakiem pójdziemy już do dworca kolejowego Wałbrzych Główny. Czeka nas jeszcze ok. 2,5 godziny drogi. 


Zejście okazało się początkowo dość strome i problematyczne. Nie mogliśmy znaleźć oznaczeń, a ścieżek wydeptanych w śniegu przez innych piechurów było kilka. W odszukaniu właściwej drogi znów pomogła nam aplikacja w telefonie. Później szło się już w miarę wygodnie, chociaż latem, gdy ścieżka zarośnie, orientacja w tym terenie może okazać się utrudniona. 



Gdy trasa zacznie biec wzdłuż lasu, warto także zachować ostrożność, bo w pewnym momencie odbija ona w prawo, w pole. Nam udało się to przegapić i musieliśmy się wycofać. Niestety oznaczenie tego skrętu (jeśli w ogóle jest w terenie)bardzo  łatwo przeoczyć. 


Stożek Wielki

Zbliżamy się do Unisławia Śląskiego. Z daleka widać już strzelistą sylwetkę kościoła ewangelickiego. Kościół ten po opuszczeniu okolicy przez Niemców w 1945 r. , popadł w ruinę.



Dalej nasza trasa jest już przyjemnym spacerkiem. Wznosi się nieznacznie, biegnie lasem, szerokimi ścieżkami. Gdzieniegdzie zerknąć jeszcze można w stronę Gór Kamiennych z Waligórą na czele (po środku poniższego kadru). 


Wzrok przykuwa także Borowa, z sąsiadującymi szczytami: Kozioł i Wołowiec


Po drodze zahaczamy jeszcze o Barbarkę, a więc górę o wysokości 635 m n.p.m. Niegdyś znajdowało się tu schronisko "Kolbebaude" oraz wieża widokowa. Po II wojnie światowej praktycznie nie pozostał po nich ślad. Szczyt obecnie jest zalesiony, a widoczność bardzo ograniczona. Poniżej wierzchołka, warto podejść do dawnego kamieniołomu ryolitu, który stanowi świadectwo dawnej działalności wulkanicznej na tym obszarze. 


Ostatnie chwile na niebieskim szlaku, zanim osiągniemy zabudowania, skupią wzrok na panoramie Wałbrzycha z budynkiem dworca głównego na czele. Z góry wygląda on jak zbudowany z klocków lub z precyzją wykonana makieta kolejowa. 

Niestety nasz weekend w "Sudeckich Tatrach" dobiegł końca. W pełni usatysfakcjonowani chwilami w górach, przed odjazdem, wpatrywaliśmy się w piękne niebo, które tego wieczoru również zaserwowało wyjątkowe, kolorowe widowisko.




Może zainteresują Cię również poniższe wpisy:
Rudawy Janowickie: Ze schroniska Szwajcarka na Krzyżną Górę, Sokolik, przez Stawy Karpnickie, Wojanów, Koziniec do Jeleniej Góry




Korona Sudetów; Korona Sudetów Polskich; Borowa z Glinika Starego , szlak na Borową, Góry Wałbrzyskie Wałbrzych Borowa dla niezmotoryzowanych

Bieganie w górach: Waligóra Run Cross 2018 Half, czyli piękny jesienny dzień w górach :)

Bieganie w górach: Waligóra Run Cross Half 25 km, czyli to, co tygryski lubią najbardziej :)

Korona Gór Polski: Waligóra (+ Ruprechticky Spicak / Ruprechtický Špičák / Ruprechticki Szpiczak)

Góry Sowie: jesienny spacer na Przełęcz Marcową i Rozdroże pod Moszną