wtorek, 14 sierpnia 2018

Chodnik korunami stromov /Ścieżka w Koronach Drzew / Zdiar Bachledowa Dolina

Po pobycie w Pieninach (zobacz m.in. : Trzy Korony, Sokolica ; Spływ Dunajcem ; Zamek Czorsztyn i NiedzicaWysoka i Radziejowa), przyszedł czas, by pojechać w słowackie Tatry Zachodnie. Prawie na trasie naszego przejazdu, znajdowała się Ścieżka w Koronach Drzew (Chodník korunami stromov ). 
To bardzo młoda atrakcja znajdująca się po słowackiej stronie, na terenie Pienińskiego Parku Narodowego. Odkąd się o niej dowiedziałam, marzyło mi się, by podreptać po tej drewnianej konstrukcji , położonej na wysokości koron drzew. Pogoda po drodze w Tatry Słowackie była średnia. Padało,zanosiło się na jeszcze większe deszcze. Kiedy jednak zza chmur na moment wyjrzało słońce, powiedziałam Mateuszowi, że ryzykujemy i jedziemy w kierunku Ždiaru . Znalezienie Ścieżki w Koronach Drzew wcale nie jest takie oczywiste. Przejeżdżając przez Ždiar , wiele prywatnych gospodarstw oferuje nam pozostawienie samochodu na posesji (oczywiście za opłatą). Przy tablicy informującej o skręcie w kierunku Bachledowej Doliny, dowiadujemy się, że droga jest zamknięta dla normalnego ruchu (później okazało się, że przyczyną był prawdopodobnie brak miejsc na parkingach położonych tuż pod podejściem do tej atrakcji). Ekipa porządkowa kieruje nas na parking Ždiar Strednica, znajdujący się ok. 5 km z tego miejsca, przy restauracji (Reštaurácia Bistro). Parking jest płatny. Udaje nam się dowiedzieć, że płacąc, za pozostawione tu auto, 3 euro (nieważne ile osób nim podróżuje), wszystkie osoby z niego wysiadające mogą skorzystać z przeprawy autobusem aż do rozwidlenia, o nazwie Ždiar, Bachledowa dolina - Malá Poľana, bez dodatkowych opłat. Obok, po drugiej stronie ulicy, funkcjonuje prawdopodobnie bezpłatny parking. Wówczas jesteśmy jednak skazani na dreptanie ok. 6-7 km do miejsca, w które zawiezie nas wspomniany autobus (stamtąd jeszcze dodatkowo 4 km do kasy "chodnika"!) 


Gdybyśmy mieli więcej czasu i przede wszystkim mapę tego terenu, pewnie poszlibyśmy pieszo. Tego dnia mieliśmy jednak jeszcze dotrzeć na kemping RAČKOVA DOLINA , gdzie w planach było rozbicie namiotu, ale przede wszystkim musieliśmy zrobić po drodze zakupy. Opcja z dojazdem autobusem, wyjątkowo, wydała nam się idealna. Autobus zatrzymuje się przed kompleksem punktów gastronomicznych. Kto jest głodny, na pewno znajdzie coś dla siebie. My od razu brniemy w górę. Jakoś nie spodziewałam się, że będziemy tego dnia tyle łazić. Czeka nas stąd ok. 4 km pseudospacer pod górę. Łatwy on nie jest i trzeba przygotować się na spore nachylenie terenu. Można skorzystać ze skrótów (jeszcze bardziej stromych), ale my tym ścieżkom nie zaufaliśmy i szliśmy szerokimi zygzakami aż do kas. Na górze - kilka punktów gastronomicznych, w których można kupić hot-dogi, hamburgery,napoje, piwo... Ceny dość wysokie jak na słowackie standardy.


W kasie czeka nas niemiła niespodzianka, na którą byliśmy akurat przygotowani. Musimy zapłacić 9 euro od osoby dorosłej! Liczyłam też na ładny, ozdobny bilet, a otrzymujemy tylko zwykły wydruk paragonu, który zostaje przedarty przez obsługę, czyli skasowany ;) 

kasy

Wchodzimy. Ścieżka ma długość 603 m. Razem z wieżą widokową, na którą wdrapiemy się pod koniec spaceru 1234 m. 

Na trasie znajdziemy punkty edukacyjne z informacjami w językach: słowackim, angielskim i polskim. 


Kto chce , może poczuć więcej adrenalinki chodząc z boku po specjalnych, nieco bardziej "niebezpiecznych", ścieżkach. 


Spacer w koronach drzew jest naprawdę przyjemny, jednak najbardziej ciekawi nas specyficzna wieża widokowa, do której niedługo dojdziemy. 

w tle wieża

Czy wiedzieliście, że podczas godów, samce głuszca na chwilę tracą słuch (stąd wzięła się ich nazwa)? Tego i wielu innych ciekawostek dowiecie się z licznych plansz umiejscowionych na trasie ścieżki. 


Pomimo braku idealnej przejrzystości, coś tam było widać. Rozglądamy się po okolicy, szukając znajomych szczytów. Rozpoznajemy Trzy Korony!

Trzy Korony (z prawej strony), za lekką mgiełką

Najwięcej radości przynoszą te tatrzańskie, które widać całkiem nieźle.


Przychodzi wreszcie czas, by wspiąć się na wieżę widokową. Z dołu, ludzie na jej najwyższym piętrze wyglądają jak spajdermeny ;) 


Widoki z każdym krokiem stają się coraz rozleglejsze. Udaje nam się nawet wzrokiem namierzyć Giewont. 

ścieżka widziana z wieży

Docieramy na samą górę wieży widokowej. Pokryta jest ona specyficzną elastyczną siatką. Tylko nieliczni mają odwagę na nią wkroczyć, wiedząc, że  pod nią znajduje się ok. 32 metrowa przepaść. Mateusz nie miał z tym problemu. 


Ja długo się wahałam, ostatecznie włażąc na tę siatkę tzw. dupoślizgiem :P Trzymając na siatce cztery litery, stopy i podpierając się dłońmi, czułam się pewnie. Natrzaskaliśmy sobie selfie (ale żadne nie nadaje się do opublikowania ;) ) 


Udało mi się na moment nawet stanąć na nogach, ale była to tak krótka chwila, że żaden fotograf tego nie zarejestrował :P 

moja ulubiona pozycja na szczycie wieży - przede wszystkim bezpieczna ;) 
Z wieży musimy wycofać się tą samą drogą, pod prąd. Nie wiem, czy jest tak zawsze (pod konstrukcją zauważyliśmy nieczynną furtkę) , czy ma to związek z obecnie budowaną infrastrukturą narciarską. Zjeżdżalnia, którą ekspresowo można zjechać z wierzchołka wieży w dół także była nieczynna. 

Gdy rozpoczęliśmy schodzenie w stronę przystanku autobusu, naszą uwagę przykuła kolejna wieża widokowa, oddalona zaledwie kilkaset metrów od nas. 

idziemy w kierunku "bezpłatnej" wieży

Długi się nie zastanawiając, postanowiliśmy niewiele drogi nadłożyć i wskrabać się na jej najwyższy punkt. Wstęp jest bezpłatny. 

"bezpłatna" wieża

Powinniśmy widzieć cuda niesamowite, a po zestawieniu z rzeczywistością okazało się, że widzimy okazałe szczyty, delikatnie pisząc, w niepełnej krasie ;)


Wracamy tą samą drogą do uporczywych zygzaczków. 


Schodzimy grzecznie do naszego miejsca startowego, skąd po kilkunastu minutach autobus zawiezie nas na parking, gdzie zostawiliśmy samochód. 

Poniżej trasa, którą przebyliśmy:

w dwie strony (bez skrótów) ok. 8 km / czas przejścia bez przerw i odpoczynków w dwie strony - ok. 2,5 h




czwartek, 9 sierpnia 2018

Korona Gorców: Lubań z Przełęczy Snozka / Gorce / Masyw Lubania/ Organy Hasiora / Wdżar

Dzień wcześniej przez okolicę przeszła potężna burza. Lało, błyskało się i grzmiało naprawdę porządnie. Obudziliśmy się i wszystkie pienińskie szczyty były skryte w gęstej mgle, zupełnie jakbyśmy byli na nizinach. Na szczęście po śniadaniu coś zaczęło się przejaśniać, więc długo się nie zastanawiając, postanowiliśmy realizować trasę zaplanowaną już dawno. Na myśli mieliśmy gorczański Lubań. 
poranek w Pieninach

Z naszego kempingu (Camping Dunajec) podjeżdżamy samochodem do Przełęczy Snozka (ok. 17 km). Trochę dziwi nas fakt, że nie płacimy za parking. Od razu kierujemy się w stronę Organów Hasiora. To dość specyficzne dzieło, które ciężko nam zrozumieć. 


"Organy" te zostały wzniesione jako symbol, hołd oddany poległym podczas wojny oraz w czasach późniejszych na Podhalu. Wielu doszukuje się w ich kształcie pazurów, szponów, skrzydeł. Podobno, w zamyśle autora, organy miały "grać", wydawać dźwięki. Nie zamontowano jednak piszczałek , dzwonków itp. zaprojektowanych przez Hasiora.  Podejrzewano, że konstrukcja sama miała wydawać rozmaite dźwięki przy pomocy wiatru. Niektórzy uważają konstrukcję za niedokończoną. Nierzadko Organy te są przedmiotem kpin okolicznych mieszkańców czy odwiedzających to miejsce. Pomnik wzniesiono w 1966 r. Ostatnią renowację przeszedł w roku 2010. Wówczas niby zamontowano dzwonki pasterskie, imitujące dźwięki organów. My niestety nic nie słyszeliśmy. Ja, znając już twórczość Hasiora m.in. z muzeum poświęconego jego twórczości w Zakopanem, nie byłam tym tworem zaskoczona. Mało tego (pisząc zupełnie szczerze), chętnie odświeżyłabym sobie wiedzę w tej placówce. Wróćmy do powagi sytuacji. U podnóża Organów możemy zauważyć sylwetki poległych, na plecach których "spoczywają" atrapy karabinów. 


Organy to dzieło dziwne, które przy okazji, z ciekawości, musieliśmy obejrzeć. Tym bardziej, że nie wiązało się to z jakimś sporym nadłożeniem drogi. 



Wracamy do parkingu i idziemy grzecznie niebieskimi znakami. Od pewnej pani, poznanej na pienińskim szlaku, słyszeliśmy, że warto odwiedzić górę Wdżar. Ponieważ była ona również blisko naszej trasy, odbijamy z niebieskiego szlaku w lewo, w dość oczywiste nieznakowane ścieżki. Na chwilę jeszcze zbaczamy z tych dróżek, by dojść do krawędzi dawnego kamieniołomu, który służy obecnie jako ścianka wspinaczkowa. 

dawny kamieniołom

Wracamy na właściwą trasę i po chwili zdobywamy Wdżar (767 m n.p.m.). Wdżar poprzecinany jest licznymi trasami rowerowymi, chyba dla bardziej zaawansowanych. To góra powulkaniczna (chociaż co do tego wciąż trwają spory pomiędzy geologami), z której roztaczają się piękne widoki. Przy dobrej widoczności możemy podziwiać szczyty czterech pasm górskich - Pienin, Tatr, Beskidu Żywieckiego (Babia Góra) i Gorców. Ponadto zobaczymy Jezioro Czorsztyńskie oraz dwa Zamki Czorsztyn i Dunajec. Wierzchołek jest również miejscem anomalii magnetycznych. Np. gdy podejdziemy do skał na poniższym zdjęciu z kompasem, igła magnetyczna ma wskazać kierunek północny jako południowy. Nie mieliśmy kompasu, ale chciałabym to sprawdzić.


skały, przy których występują anomalie magnetyczne

Nieco powyżej skałek zauważamy smoka gorczańskiego. Przypomina mi trochę dzieło Władysława Hasiora ;) 


Obok pomnika możemy zapoznać się z gawędą o Smoku Gorczańskim


Przejrzystość powietrza i widoczność nie była zbyt ciekawa tego dnia. Udało nam się dojrzeć Jezioro Czorsztyńskie. Delikatnie w tle majaczyła Babia Góra, niestety na zdjęciu jej nie widać. 


Na Wdżarze 



oznakowanie szlaków rowerowych

Spoglądamy jeszcze raz w kierunku Jeziora Czorsztyńskiego. Nad nim wnosi się m.in. góra o podobnej nazwie do Wdżaru - Żar. Za tym zalesionym szczytem powinny rozciągać się w lewą stronę kadru Tatry... ale nie tego dnia ;)


Na Wdżarze znajduje się letni tor saneczkowy, działa tu wyciąg krzesełkowy (dolna stacja umiejscowiona jest w Kluszkowcach) oraz znajdują się tu wspomniane trasy rowerowe, czyli tzw. Bike Park. Po szczegóły, cenniki poszczególnych atrakcji odsyłam na stronę: http://www.czorsztyn-ski.com.pl/atrakcje_letnie/bike_park
Gdy spojrzymy z góry w przeciwnym kierunku, zauważymy nasz cel - Lubań.
Widzimy też punkt gastronomiczny, ale nie wiemy czy funkcjonuje. Kiedy podeszliśmy do niego bliżej okazało się, że tego dnia szykuje się tu wesele, więc obiekt był zamknięty dla turystów.


Namierzamy niebieskie znaki szlaku i rozpoczynamy właściwą wędrówkę na Lubań. Spoglądamy za siebie, by  zobaczyć Wdżar...

Wdżar

i zaczynamy piąć się coraz bardziej stromo do góry. Przez cały czas nie dzieję się nic specjalnego. Co chwilę towarzyszy nam mały "siurek", który powstał po burzach i opadach dnia poprzedniego. Docieramy do ruin bacówki, co oznacza, że szykuje się za moment solidny wpierdziel! Tak, nasza trasa robi się pioruńsko stroma, ale dzięki temu bardzo szybko zyskujemy wysokość.


Patrzymy w kierunku Tatr... wyłoniły skubane tylko swoje najwyższe wierzchołki. Dobre i to.


Dalej wita nas rozległa różowa łąka (usiana kwiatami wierzbówki kiprzycy), która towarzyszy nam aż do wejścia na teren studenckiej bazy namiotowej na Lubaniu. 

Wierzbówka kiprzyca


Od samego początku jestem tym miejscem zauroczona i zamarzyło mi się, by kiedyś spać tu pod namiotem... Obudzić się tuż pod Lubaniem i oglądać wschód słońca z wieży widokowej? O tak! poproszę! :) 



baza na Lubaniu

Tym razem, skoro już wdrapaliśmy się tak wysoko, po prostu grzecznie idziemy w kierunku wieży widokowej. 


Pod samą wieżą stoi krzyż papieski z podpisem:
"Gorce bardzo kochałem, a na Lubaniu wiele razy byłem" - Jan Paweł II. Przy ładnej pogodzie za krzyżem podziwiać można Tatry. Nam niestety skryły się one w gęstych chmurach. 


Wchodzimy na wieżę. Chociaż widok na Tatry nas nie rozpieszczał, jednak całą resztę prawie udało się dojrzeć. W rozpoznaniu poszczególnych wzniesień pomogą nam panoramy, które usytuowano na najwyższym piętrze wieży.

Gorc (z widoczną kolejną wieżą widokową)

Widok na bazę namiotową, w tle Pieniny. Rozpoznacie trójkątną, nieco szpiczastą Wysoką (najwyższy szczyt Pienin)?
Jezioro Czorstyńskie, delikatnie wyłaniają się masywne tatrzańskie szczyty... 

Po środku kadru - Turbacz (obok niego Kiczora)

Najwyższa w tym kadrze - Mogielica- najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego
Daleeeeko - Beskid Sądecki z Radziejową na czele, a przed nami, najbliżej - wschodni wierzchołek Lubania (Patryja 1225 m n.p.m.)

Aleksandra na wieży ;) 

wieża widziana z dołu 

Niestety, jak widzicie, warunki, w których zdobyliśmy Lubań, może nie były beznadziejne, ale dalekie od ideału. Coś tam udało nam się zobaczyć, ale gdy użyliśmy naszej wyobraźni, wiedzieliśmy już, że będziemy musieli tu prędzej czy później wrócić. Coś wspaniałego - widok 360 stopni z wieży stanowią górskie krajobrazy. Można tam spędzić na pewno długie minuty, a może godziny (?) rozkoszując się ulubionymi pejzażami. Zeszliśmy do bazy namiotowej, Tu zarządziliśmy krótki przystanek na energetyczne doładowanie ;) Kanapki i piwko poszły w ruch! Nie chciało nam się stąd schodzić. Tak pięknie tam!


Trzeba było jednak w końcu się pożegnać. Przechodzimy przez bramę i mówimy "do zobaczenia!". 


Zaglądamy jeszcze na moment pod prysznic dla nocujących w bazie, 




 zdobywamy wschodni wierzchołek Lubania i postanawiamy schodzić do samochodu. Na rozwidleniu zauważamy żółty szlak do Kluszkowiec. Nie mamy go na mapie. W planie mieliśmy zejście do Grywałdu. Postanawiamy jednak zaryzykować i iść w nieznane (ponieważ nawet z mapą nie wiemy którędy biegnie ten żółty szlak). 
Po kilku minutach łączy się on z oznaczeniami zielonymi, czerwonymi i niebieskimi. Za moment niebieski szlak odbije w prawo, w kierunku Ochotnicy Dolnej, a my jeszcze kawałek dalej w miejscu o nazwie Jaworzyny Ochotnickie, skręcimy w lewo. 


I tak sobie będziemy już dreptać przede wszystkim lasem aż do Kluszkowiec. Idzie się wygodnie, bez jakichkolwiek trudności. No może poza tym, że w niektórych partiach lasu obecnie ma miejsce wycinka drzew, toteż szlak jest porozjeżdżany, grząski i błotnisty. 

Kluszkowce tuż tuż... 
Jak to często z nami bywa, udało nam się w tych Kluszkowcach trochę pobłądzić. W ruch poszły telefony, nawigacje itp. Jakoś wyprowadziliśmy się wspólnymi siłami na trasę 969, której krótkim fragmentem dochodzimy do Przełęczy Snozka. Po drodze możemy podziwiać górę Wdżar i Lubań, które tego dnia zostały przez nas zdobyte :) 

z prawej strony Wdżar, z tyłu, w tle Lubań (widoczna wieża widokowa)

Poniżej mapka zarejestrowana zegarkiem sportowym. Trasa zajęła nam ok. 5 godzin/ dystans 17km (nie wliczając postojów i większych przerw na trasie). 

źrodło: endomondo

i jeszcze mapka na podstawie mapa-turystyczna.pl (z ominięciem góry Wdżar i nie wliczająca dojścia jezdnią z Kluszkowiec do Przełęczy Snozka). 


źródło: mapa-turystyczna.pl

Na Przełęczy Snozka funkcjonuje bacówka, w której możemy kupić oscypki (niektóre jeszcze ciepłe). Nie odmówiliśmy sobie tej przyjemności i jeszcze zanim ruszyliśmy w drogę powrotną wszamaliśmy przepyszne serki, które rozkosznie szeleściły między zębami. 

Na deser pieczątki z bazy na Lubaniu: