piątek, 20 października 2017

18 PKO Poznań Maraton, czyli co poszło nie tak... (nie popełniajcie moich błędów).

Czasem mam wrażenie, że jestem zbyt ambitna z tym swoim bieganiem... Wynik, który udało mi się wykręcić w Poznaniu w niedzielę, ucieszyłby z pewnością niejedną osobę. Ale to tak jest... Mi też ciężko zrozumieć, jak ktoś narzeka, że pokonał maratoński dystans np. w 3:45. Przecież to wynik, za który dałabym się pokroić ;) Spokojnie, nie miałam zamiaru jeszcze w tym roku pobiec maratonu tak szybko...



Na jesień zaplanowałam start w Maratonie Puszczy Bydgoskiej, więc długo biłam się z myślami, czy w ogóle wystartować w Poznaniu zaledwie dwa tygodnie później. Udało mi się wygrać pakiet startowy na poznański maraton, więc decyzja zapadła - pobiegnę! Nie wiedziałam jednak, czy powalczę o życiówkę, czy pobiegnę na luzie (ciekawe czy w ogóle tak potrafię ☺). Jakby tego było mało, spróbowałam zdobyć także pakiet na Dychę Drzymały w Rakoniewicach. Pakiet za 10 zł, więc numery startowe rozeszły się jak świeże bułki (w 6,5 minuty!).  Załapałam się! No to szykował się intensywny październik...

Maraton Puszczy Bydgoskiej ukończyłam bardzo zadowolona, na drugim miejscu open kobiet. W Rakoniewicach pobiłam swoją życiówkę na 10 km o prawie 3 minuty (obecnie wynosi ona 47:06!). Na ostatnim treningu przed maratonem była moc! Czułam się wspaniale i wtedy postanowiłam atakować życiówkę na królewskim dystansie w Poznaniu...

Coś jednak poszło nie tak... Po pierwsze zbyt lekko potraktowałam dietę. Jadłam, co miałam pod ręką w ilościach znacznie przekraczających rozsądne (przecież w niedzielę wszystko spalę, muszę mieć siłę!). Węglowodany to jedno, ale miałam ogromną ochotę na jakieś "śmieciowe" żarcie i wcale się nie powstrzymywałam. W efekcie zmagazynowałam zapasy niczym niedźwiedź na całą zimę. Czułam się ociężała, "spuchnięta", ale miałam nadzieję, że to przejdzie. Nie udało mi się również z odpoczynkiem i regeneracją. Może zluzowałam  treningi, ale nie wysypiałam się porządnie, a w przeddzień startu zabrałam się za gruntowne porządki w domu, bo szkoda mi było czasu na odpoczynek i chciałam trochę zagłuszyć stres związany z maratonem.

fot. Mati


No i przyszedł dzień startu... Wczesna pobudka i przejedzenie dzień wcześniej spotęgowały mój brak apetytu. Zjadłam mikroskopijną bułeczkę z masłem i dżemem, popiłam kawą i tyle. Nic więcej nie mogłam w siebie wmusić. Przed wejściem do stref startowych spożyłam banana, który miał zapewnić mi moc na pierwsze kilometry. No, ale stało się coś, czego chyba nikt się nie spodziewał. Start maratonu przesunął się o ok. 45 minut. Faktycznie organizatorzy jakoś z tego wybrnęli... Cały czas coś się działo, rozgrzewka, występ Meza itp.  Chociaż każda kolejna rozgrzewka coraz bardziej mnie irytowała i zamiast bojowego nastroju, pojawiło się zniechęcenie i lekkie zrezygnowanie. W końcu ruszyliśmy. 

początek zmagań,  z Aliną :) fot. Mati

Od samego początku biegło mi się kiepsko. Źle się ustawiłyśmy z Aliną w strefie startowej - na końcu grupy osób, które chciały złamać 4 godziny... Było bardzo tłoczno. Próbowałyśmy wyprzedzać, ale za chwilę trzeba było zwolnić. Ta ciągła zmiana tempa wkurzała mnie nieziemsko. Dodatkowo nie widziałam szans, żeby nadrobić stratę i biec wreszcie ustalonym przez siebie wcześniej tempem. Na pierwszym punkcie odżywczym ledwo dopchałam się po kubek "czegoś mokrego" - trafiłam na izotonik. Rozbolał mnie żołądek, pociłam się jakby właśnie padał rekord temperatury powietrza na świecie i Poznań miał zdeklasować Dolinę Śmierci z temperaturowym rekordem z 1913 roku. Już przed dziesiątym kilometrem byłam głodna, zjadłam więc banana. Do bólu żołądka dołączyły kolki. Może wszystko nie było jakieś bardzo uciążliwe, ale powodowało dyskomfort. 


przed wiaduktem na Hetmańskiej, fot. Mati
Po znienawidzonej "agrafce" na Wildzie wyprzedziłam peacemakerów na 4 godziny. Wreszcie luz... można biec swobodnie. Chciałam biec zaledwie ciut szybciej niż zawodnicy łamiący czwóreczkę. Udało mi się to przez kilka kilometrów. Parzyły mnie już podeszwy stóp. Oszczędzałam przed maratonem buty, w których startowałam (nie chciałam ich przemoczyć itp. ), a one tak mają już, że jak długo ich nie używam, to później dają się we znaki "znajomym" parzeniem, jakby chciały mi wykrzyczeć - "dlaczego tak dawno nie miałaś nas na stopach, myślałyśmy, że już nigdy nie wrócisz!" ;P  Koło 20 kilometra minęłam swoich prywatnych kibiców - dziadków, ciocię i Marcina z Dorotą. Pozwolili mi na chwilę zapomnieć o tym jak bardzo nie chce mi się biec. Ale kawałek dalej przeszłam do marszu. Brakowało mi sił. Zaczęłam kombinować z zapasami żeli, dextro, które miałam ze sobą. Długo nie musiałam czekać na to, by ekipa na 4 godziny mnie wyprzedziła. Usłyszałam jeszcze przyjazne "gRUNwald dajesz", od kolegi Marka, co zmotywowało mnie do tego by podbiec kilkadziesiąt metrów i koniec. Więcej się nie dało. Było mi trochę przykro, bo marzenie o życiówce w tej chwili prysło jak bańka mydlana. Włączył mi się mały agresor - "pie***ć ten maraton" ;) I tak ciężko było już prawie do samego końca... Bieg (nawet nie najgorszym tempem) przeplatany marszem. Z tym, że koło 27 km moje myśli zaczęły nawet krążyć wokół zejścia z trasy. Wtedy kibice dodawali otuchy, inni zawodnicy zagrzewali mnie do walki - to było piękne! Do tego moją motywacją stał się  ładny medal i piwo na mecie :-) Muszę się zmieścić w 4:30! - to właśnie postanowiłam. 

nie wiem gdzie to, ale jesień mamy ładną w Poznaniu :) fot. Mati
I tak sobie pląsałam od punktu z wodą do punktu z wodą. Tempo biegu, truchtu, czy jak to nazwać, spadło, ale najważniejsze dla mnie było przemieszczanie się w kierunku mety. W końcu do mety było już bliżej niż dalej... Przy punktach odżywczych przechodziłam do szybkiego marszu, który pozwalał trochę odpocząć, by dalej spróbować podkręcić tempo na kolejnych kilometrach. Sił nawet starczyło na to, by ten przerażający podbieg na ul. Św. Wawrzyńca pokonać świńskim truchtem! Dalej strefa kibica gRUNwald team Poznań ze słynną ścianą. Głośny doping dodał mi skrzydeł! Pofrunęłam więc dalej jak po Red Bullu ;) i koniec tego maratonu już był prawie bez bólu ;) Zaczęłam przyspieszać, uśmiechać się i cieszyć tym, że teraz to już chyba dokulam się do mety.

fot. Mati
fot. Mati


fot. Mati


Na ostatniej prostej włożyłam obie słuchawki do uszu (dlaczego nie zrobiłam tego w momencie kryzysu!?) i energetyczna muzyka niosła mnie już do samej linii mety. 

fot. Mati

fot. Mati

fot. Mati


Na ostatnich 2 kilometrach udało mi się nadrobić ponad minutę w stosunku do prognozowanego czasu! Była moc! (tylko dlaczego tak późno!?). Według zegarka, na metę wbiegałam w tempie ok. 4:30 min/km!

fot. sts.timing.pl

Czas netto 4:07:36 - na to, co działo się w mojej głowie i ciele na trasie, to mogę napisać, że jestem zadowolona. Gdy jednak pomyślę sobie, że rok temu było dużo lepiej (17 PKO Poznań Maraton) to mam ochotę poprawić ten wynik nawet jutro :P

Za linią mety spotkałam Wojtka, z którym udałam się po odbiór medalu :) 

fot. Emocjonalna

Na finiszerów "polowała" Kasia G., uwieczniając wiele niepowtarzalnych emocji. Byłam potwornie zmęczona. Musiałam klapnąć na chodniku i dojść do siebie. To był chyba mój najgorszy start w życiu. I chociaż wiem, że nie każdy start musi być życiówką, muszę przyznać przed samą sobą, że narobiłam sporo głupstw przed tym maratonem... Do listy błędów warto dodać jeszcze brak treningów w tempie startowym (ostatnio biegałam trochę szybciej, więc wolniejsze tempo podczas maratonu po prostu mnie męczyło) i brak krótkiego rozruchu w przeddzień maratonu, no ale przede wszystkim - nie biega się dwóch maratonów w odstępie 2 tygodni! Na szczęście wyciągnęłam wnioski i chyba na własnych błędach czegoś się nauczę. Najgorsze jest to, że chciałam trzasnąć taką fajną życióweczkę (3:5x) na koniec sezonu i zakończyć (chociaż na jakiś czas) bieganie asfaltowych maratonów. W tej sytuacji jednak... chyba jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa... Polecicie jakiś fajny, nawet kameralny, maraton po asfalcie na wiosnę? :D 



Biegowy rok 2017 uważam za zakończony. Za mną kilka ważnych startów, m.in. 3 półmaratony, 1 bieg górski, 3 maratony i jeden ultra maraton (55km)... działo się! Całkiem nieźle, co?

Czas na odpoczynek, utrzymanie aktywności fizycznej na optymalnym poziomie, wzmocnienie mięśni i pracę nad dietą. Z tym ostatnim będzie problem. Ostatnio zapytałam Mateusza czy lubi np. moje placki z cukinii, batatów (jak zrobię to je, ale nie wiedziałam na 100% czy lubi). Wiecie co odpowiedział? "Najbardziej lubię placki ze schabu"  ;)

środa, 18 października 2017

Bydgoszcz: Nietypowe atrakcje - Papugarnia i Muzeum Mydła i Historii Brudu

Gdyby ktoś wcześniej zapytał mnie, z czym kojarzy mi się Bydgoszcz, może powiedziałabym "rzeźba wisząca nad Brdą" i tyle. Jakoś Bydgoszcz nigdy nie kusiła mnie tak bardzo , by tu specjalnie przyjechać. Jednak kiedy wymyśliłam sobie start w Maratonie Puszczy Bydgoskiej, postanowiłam, że przyjedziemy do Bydgoszczy wcześniej i coś pozwiedzamy. Tylko co? 
Kompletnie nie wiedziałam jak się zabrać za planowanie naszej wizyty w tym mieście. Zwykle gdy nie mam pod ręką przewodnika, planu miasta, po prostu wpisuję w googlach "co zobaczyć?, "atrakcje ..." i to był strzał w dziesiątkę. Wyświetliła mi się masa atrakcji i miejsc wartych zobaczenia. Nasz czas był jednak ograniczony. Postawiłam więc na dwa miejsca, które wydały mi się najbardziej intrygujące i ciekawe. 

Po przyjeździe do Bydgoszczy, kupiliśmy dobowy bilet na komunikację miejską. Tym razem nie chciałam zwiedzać miasta pieszo, by oszczędzać nieco siły na start w maratonie następnego dnia. Korzystając w telefonie ze strony https://jakdojade.pl/bydgoszcz , udało nam się dość sprawnie poruszać po mieście. 

Pierwszym punktem do odwiedzenia była Papugarnia Bydgoszcz. Wiem, że tego typu obiekty znajdują się w wielu miastach Polski. W naszym rodzinnym Poznaniu do tej pory nic takiego nie otwarto, więc odwiedzenie papug w Bydgoszczy wydało nam się ciekawym pomysłem. Kiedy weszliśmy do głównej sali, Mateusza zaraz obsiadły pierwsze papugi. Mnie zaczęła "atakować" naprawdę wielka sztuka, której początkowo trochę się bałam. Przy wejściu można kupić specjalny pokarm (koszt 2 zł/kubeczek) i tymi ziarnami skusić papugi, by wylądowały na naszej dłoni lub gdziekolwiek indziej :) 


Po kilku minutach oswoiłam się i wiedziałam już czego się spodziewać. Papugi siadają na ramieniu, plecach, wszędzie! Czasem z zaskoczenia, czasem trzeba je czymś przekupić :) 

Oczywiście najwięcej emocji przysporzyło nam trzymanie wielkich ar.


Spotkanie z papugami sprawiło nam sporo frajdy. Papugi są w większości bardzo oswojone, chętnie przylatują, szczególnie gdy zauważą u nas smaczne ziarna :)


  Bardzo często przylatywała do mnie papuga żako. Chyba mnie polubiła ;) Śliczna, prawda? 


W papugarni spędziliśmy ponad 2 godziny. To naprawdę wspaniałe miejsce dla małych i dużych! Trzeba jedynie uważać na to, by papugi nie porwały nam guzika lub elementów biżuterii. One interesują się wszystkimi "świecidełkami" (dlatego najlepiej je zdjąć). W pewnym momencie zaczęły się dobierać też do mojego aparatu ;) 


Jesteśmy oczarowani tym miejscem i na pewno chętnie odwiedzimy jeszcze papugarnię podczas kolejnej wizyty w Bydgoszczy :-) 



Następne miejsce, które przykuło moją uwagę podczas poszukiwań atrakcji Bydgoszczy w internecie jest muzeum o ciekawej nazwie:

Muzeum Mydła i Historii Brudu

Wizytę w tym muzeum warto zarezerwować wcześniej. To miejsce dość popularne, więc aby mieć pewność, że będziecie mogli je odwiedzić, zaplanujcie ją z lekkim wyprzedzeniem.
Każdy z odwiedzających muzeum może stworzyć (w cenie wstępu) swoje własne mydełko. Po krótkich "warsztatach" rozpoczyna się właściwe zwiedzanie. Dowiadujemy się wielu interesujących i  szokujących faktów. Całość uzupełniają niezwykłe eksponaty, z których część z pewnością przypomni Wam dawne lata. 



Zwiedzanie muzeum odbywa się z przewodnikiem. Nam trafiła się przesympatyczna pani przewodniczka, która nie dość że świetnie opowiadała, przybliżała tematykę, to miała bardzo dobry kontakt ze zwiedzającymi i potrafiła doskonale skupić ich uwagę. 


Nie chcę pokazywać Wam moich wszystkich zdjęć z Muzeum Mydła i Historii Brudu. Zobaczcie wszystko na własne oczy! Naprawdę w tym muzeum nie można się nudzić. A na pamiątkę w muzealnym sklepiku możemy kupić mydełka o niecodziennych zapachach, pięknie pachnące kosmetyki i ciekawe gadżety związane z tematyką muzeum. 

Gorąco polecamy to miejsce!

Poniżej możecie jeszcze zobaczyć zrobione przez nas mydełka :) :



Czas w Bydgoszczy płynął, jak wszędzie, zbyt szybko... Zabrakło go więc na dalsze zwiedzanie. Zaledwie "liznęliśmy" starówki, zaliczyliśmy ultra szybki spacer nad Brdą... W Centrum Informacji Miejskiej pobrałam trochę materiałów, które z pewnością pomogą nam zaplanować kolejną wizytę w tym mieście. 

Rzeźbę nad Brdą, a więc "przechodzącego przez rzekę" udało nam się znaleźć :) 








piątek, 6 października 2017

Maraton Puszczy Bydgoskiej - działo się!

Nie wiem dlaczego myślałam, że trasa Maratonu Puszczy Bydgoskiej będzie płaska... Gdzieś wyczytałam coś o 33 metrach. Byłam pewna, że to przewyższenie :D Hahaha Ja to mam poczucie humoru ;) Na fanpejdżu tej imprezy biegowej można było obejrzeć filmik, w którym jeden z organizatorów omawia całą trasę. Włączyłam go, ale gdy zorientowałam się, że trwa ponad 20 minut i już na samym początku jest mowa o serii górek, przestałam oglądać z myślą - pitolenie, będzie płasko jak po stole, no bo gdzie w Bydgoszczy jakieś górki!? Teraz już wiem, że zaliczyliśmy chyba wszystkie możliwe górki w Puszczy Bydgoskiej i nie były to wcale żadne popierdóły... 

przed startem/ foto: mąż

Na Maraton Puszczy Bydgoskiej zapisałam się krótko po przebiegnięciu 55 km GWiNTa. Do wyboru były trzy dystanse 21+, 42 + i ultra -> 60+. Miałam apetyt na ultra, jednak po czasie bardzo ucieszyłam się, że do przebiegnięcia mam "tylko" maraton. Później okazało się, że można było w trakcie zawodów skrócić sobie bieg do półmaratonu lub maratonu będąc na liście startowej dłuższego dystansu, co jest całkiem dobrą opcją, gdy opuszczają nas siły. Sama przez moment miałam myśli w stylu - a gdyby tak przestać biec na dwudziestu kilku kilometrach? Na szczęście gdzieś głęboko zakodowałam sobie - BIEGNĘ MARATON!

czekając na start/ foto: mąż

Ale po kolei... Start biegu o 8 rano nie napawał mnie optymizmem. Wiązało się to z wczesną pobudką (przed 6) i bardzo orzeźwiającym (zimnym) porankiem. Przed 7 wymeldowaliśmy się z mężem z naszej noclegowni i komunikacją miejską dotarliśmy w okolice startu. Krótki spacer do Baru pod Kogutem, w pobliżu którego wszystko się odbywało, i praktycznie musiałam zdjąć całą ciepłą, wierzchnią odzież, bo wielkimi krokami zbliżał się start. Depozyt, krótka rozgrzewka i lecimy! Zimno jak pierun. Biegnę powoli, pozwalam się wyprzedzać, staram się nie forsować i oszczędzać siły. Przed startem organizatorzy "wyłapali" kibiców i zaproponowali spacer na 5 i 12 kilometr biegu. Bardzo fajna inicjatywa, biorąc pod uwagę, że bieg odbywał się w miejscu, które kibicom zbyt wiele nie może zaoferować. 
No to sobie biegnę... lajcik, przyjemniutko... Asfaltem przebiegamy na drugą stronę krajowej dwudziestki piątki i zaczyna się puszczański krajobraz... Nagle przed sobą widzę pagór! Całkiem konkretny. Myślę sobie, że to ta seria górek, o której mówił w filmiku organizator, a dalej będzie już płasko. Skoro to (według mnie) taka pojedyncza atrakcja, uwiecznię ją na zdjęciu: 

o oł jest i górka ;)

No i się zaczęło... za tą górką trasa była już bardzo pofalowana. Gdy to zobaczyłam, trochę mnie zamurowało. Nawet na tyle, że przebiegając koło męża, nie odezwałam się słowem. Starałam się jednak do niego uśmiechnąć i przyspieszyć - niech widzi jak świetnie się bawię :D 

na trasie/ fot. mąż
Początkowo te górki bardzo mi się podobały. Podbiegi, zbiegi, trasa bardzo zróżnicowana i ciekawa... Kilometry, pomimo mojego dość wolnego tempa, szybko leciały... Na zbiegach nawet trochę poszalałam. Odliczałam do 12 km, gdzie znowu mogłam zobaczyć męża... 
Tuż przed naszym spotkaniem na trasie -  pagór gigant, potem przewrócone drzewo i stromy zbieg:

fot. mąż

fot. mąż

Piątka mocy od męża i gnam dalej. Trasa wciąż urozmaicona. Góra, dół, trochę płasko, piach... no jest naprawdę ciekawie :)  W okolicy 17  kilometra mam kryzys. Jest płasko do bólu i cholernie nudno. Biegniemy po płytach chodnikowych, które wydają się nie mieć końca. Przede mną rządek innych biegaczy utwierdzających mnie w przekonaniu, że ten fragment trasy trochę jeszcze potrwa. Później znów trochę lasu i wracamy asfaltem na stronę, po której rozpoczynaliśmy swoje zmagania. 

fot. Marek Stanek

Do półmetka dłuży mi się strasznie. Przebiegam przez metę i tak bardzo chciałabym już zakończyć bieg, ale nie daję za wygraną. Chwilkę gadam z mężem, uzupełniam płyny, wcinam banany i ruszam przed siebie... Druga, zupełnie inna pętla przede mną. Mam nadzieję, że będzie łatwiejsza niż ta, którą właśnie ukończyłam. Po niecałym kilometrze opadam jednak z sił. Chcę przejść do marszu, zjeść wafelka w czekoladzie, popić colą i odzyskać chęć  do biegu. Od tego pomysłu odwodzi mnie na moment piosenka, którą słyszę w słuchawce. J Balvin "Mi gente" - jedna z moich ulubionych ostatnio... Dobra - myślę sobie - po tej piosence zrobię sobie przerwę. Biegnę więc próbując śpiewać w myślach to, co słyszę. Zdaję sobie sprawę, że nijak przypomina to hiszpański (pewnie to coś w stylu śpiewania piosenki Modern Talking jako "jomaha jomaso" ;P) i na szczęście kryzys jakoś mija. Powolutku mogę biec dalej. Na trzydziestym kilometrze mówią mi, że jestem trzecią kobietą na trasie. 

fot. Sławek Rzemek

Obiecuję sobie, że tego nie spieprzę, ale wiem, że będzie ciężko. Dobiegam do punktu żywieniowego na 33/34 km. Czeka tam sympatyczna ekipa przebrana za ... łosie. Tych wolontariuszy mogliśmy spotkać już na 9 kilometrze. Byli naprawdę wspaniali i zabawni! ❤
Robię tu dłuższą przerwę, piję i jem do syta. Zaczynam zagadywać do chłopaków na trasie. Jakoś przyjemniej jest jak się zamieni z innymi zawodnikami kilka słów, tym bardziej, że oni cierpią często tak samo jak ja ;) Niektórzy mówią, że chcieli biec ultra, ale chyba skończą na maratonie, bo nie spodziewali się tak trudnego terenu. Trudno się z tym nie zgodzić. Łatwo nie jest praktycznie od samego początku. Ok. 40 km doganiam chłopaka, który mówi, że zaliczył upadek i ciężko mu się biegnie, ale jakoś daje radę. Mówię mu, że zostało jakieś 10 % trasy, więc przy tym co mamy już w nogach to jest po prostu pikuś! Chwilę biegniemy razem, mam wrażenie, że jest tuż obok mnie. Gdy sięgam po żelka i na głos proponuję, że go również poczęstuję, okazuje się, że go nie ma w zasięgu mojego wzroku! :( 
Nie mogę doczekać się już mety i tego, że będę mogła przestać biec. Wyprzedzam jeszcze kilka osób, w tym chłopaka z tatuażem (z logo mojego biegu marzeń ;) ). Zauważam w końcu biegacza, który idzie w moim kierunku z medalem. Pytam, czy daleko do mety. Mówi, że za chwilę będzie skręt w prawo i ostatnia prosta. Dzięki Bogu! 

Zbiegam powoli w dół, widzę skręt i zauważam mężusia! Czyli meta jest tuż tuż... Mąż towarzyszy mi prawie do linii mety (trudno w to uwierzyć - on biegł ze mną! A twierdzi, że nawet na tramwaj nie biega... Może jednak gdzieś w ukryciu trenuje? ;P ) 

Udało się! Jestem drugą kobietą na dystansie maratonu i pierwszą w swojej kategorii wiekowej! 
To, że na trzydziestym kilometrze byłam trzecia na trasie, okazało się prawdą. Dwie dziewczyny, które biegły przede mną miały zamiar pokonać dystans ultra. Jedna z nich postanowiła ukończyć bieg, po niespełna 44 km, druga pognała dalej, co pozwoliło mi cieszyć się po raz pierwszy miejscem na podium w kategorii open kobiet. 

fot. mąż

fot. mąż


To był dla mnie trudny bieg, pełen niespodzianek w postaci rozmaitej ;) Mimo to bardzo mi się podobało. Wspaniała organizacja, cudowna atmosfera, rewelacyjne oznakowanie trasy (nie sposób się zgubić), przyjaźni ludzie... Na pewno warto polecić tę propozycję innym biegaczom.

Poniżej jeszcze profil i trasa, jaką zarejestrował mój sprzęt:



środa, 6 września 2017

Bieganie w górach: Waligóra Run Cross Half 25 km, czyli to, co tygryski lubią najbardziej :)

Kiedyś, zupełnie przypadkowo, trafiłam na zdjęcia z pierwszej edycji WRC z 2016r. Pamiętam  jak oglądałam zawodników podchodzących pod Szpiczak. Mając w pamięci to, co tam się dzieje na podejściu (Waligóra i Szpiczak), nabrałam ogromnej ochoty na start w tym biegu. Przez chwilę zastanawiałam się nad dystansem WRC ultra (53 km) , ale cieszę się, że szybko wybiłam to sobie z głowy. Te 25 km też mnie sponiewierają -  pomyślałam i wcale się nie myliłam. 
Na start w Waligóra Run Cross namówiłam również Alinę. Zapisałyśmy się już wiosną i z niecierpliwością czekałyśmy na wrzesień. Nieco pechowo ok. 3 tygodni przed startem Alina nabawiła się kontuzji, z którą zmaga się praktycznie do dzisiaj. Ja z kolei , po pewnym wieczorze panieńskim, ok. 2 tygodnie przed startem się przeziębiłam. Próbowałam leczyć się na własną rękę, domowymi sposobami. Zaowocowało to tym, że na dwa dni straciłam całkiem głos. Poszłam więc do apteki i dzięki pomocy farmaceutów, trochę mi się polepszyło. Jednak do Głuszycy przyjechałam z zawalonym gardłem, katarem i  uporczywym kaszlem. 
W piątek w Poznaniu cały dzień lało. Nie napawało to optymizmem. Warunki nie zmieniały się również po drodze na Dolny Śląsk. W Głuszycy wysiadłyśmy koło godz. 21 (nasz ostatni z trzech pociągów miał opóźnienie). Na szczęście, razem z nami wysiadała także pewna pani, która zaproponowała, że razem z jej towarzyszem, podrzucą nas pod wskazany adres. Dosłownie spadli nam z nieba, bo gdyby nie oni, pewnie byśmy błądziły w całkowitej ciemności! Ale tam było strasznie. Ani jednej latarni... a żadna z nas nie zabrała czołówki ani zwykłej latarki. 
Szczęśliwie dotarłyśmy do celu. Miałyśmy ochotę na piwko. Niestety u gospodarzy nie dało się go kupić. Gdy już straciłyśmy nadzieję na wypicie złotego trunku, właściciel zapukał do naszych drzwi i razem ze współlokatorem zza ściany podarowali Alinie i mnie po buteleczce Namysłowa :-) 
Mamy dziś szczęście - pomyślałyśmy. Ale co to będzie jutro!? - zastanawiałyśmy się z lekkim przestartowym stresem. 
Noc minęła raczej spokojnie. Rano zjadłyśmy obfite śniadanko i ruszyłyśmy w stronę biura zawodów. Po drodze poznałyśmy Kamila, chłopaka z naszego rodzinnego Poznania :-) Odebrałyśmy pakiety, zaczęłyśmy się rozgrzewać. Byłyśmy zaskoczone tym, że nie pada i jest w miarę ciepło.
przed startem
Punkt 10:00 ruszyliśmy. Początkowo asfaltem, ale lekko pod górę, uliczkami Głuszycy. Moje gardło zaczęło mi dawać znaki, że wcale nie będzie tak łatwo. Na szczęście później się uspokoiło. Gdy z asfaltu wbiegliśmy na gruntową ścieżkę wszyscy nadal biegli. Głupio było mi przejść do marszu, ale obiecałam sobie, że pierwszej połowy nie przeszarżuję. Marsz wymieszałam więc z truchtem i było mi z tym całkiem dobrze. Z czasem inni też zaczęli podchodzić, zrobiło się więc raźniej. 
Alinka na trasie 

aaaale widoki!!!

w kierunku Rogowca

Długi asfaltowy odcinek pod górę pokonałam szybkim marszem, wyprzedzając nawet dziewczynę, która próbowała biec. Potem ścieżka skręcała w las. 

foto: GŁUSZYCA - to lubię (fb)

Tu już nie szło się tak przyjemnie, a ukoronowaniem tego odcinka było tak strome podejście na Rogowiec i Jeleniec, że przeszłam do wspinania się na czworakach :-) Palce wbijałam w mech, błotko lub przytrzymywałam się korzeni i drzew. Wiele osób mnie tu wyprzedziło. Kilka przepuściłam celowo, bo nie miałam doświadczenia w takim terenie i nie chciałam ich blokować. Nie powiedziałam jednak ostatniego słowa i większość udało mi się dogonić później na trasie. 

Po wspinaczce na czterech łapach ;) fot. Paweł Mazurczak
Kawałek dalej stromy zbieg, później kibice i wolontariusze kierujący na wąziutką ścieżynę - WTF!? Wysokie trawy smyrały moje "łydencje", po chwili nie zwracałam już na to zbytniej uwagi, brnęłam przed siebie. Później rozpoczęły się piękne leśne, szerokie ścieżki, gdzie poczułam się jak ryba w wodzie. Większość trasy na tym odcinku prowadziła łagodnie w dół, można było więc przyspieszyć. 

fot. Głuszyca - to lubię (fb)

Zbieg do Andrzejówki był prawdziwą przyjemnością. Rozpędziłam się jak dzik i zobaczyłam przed sobą innych zawodników (dłuższą chwilę biegłam samiuteńka). 
Podziwiałam widoki, pstryknęłam w biegu kilka fotek...Poznałam sylwetkę Waligóry, a w tle zauważyłam wieżę na Szpiczaku... 

Waligóra (z prawej), w tle Szpiczak. 

No i dotarłam wreszcie do pierwszego punktu odżywczego. Od razu wzięłam w łapkę kubek coli i  arbuza. Chwilkę pogadałam z wolontariuszami i pognałam dalej. Jeszcze tylko selfie na tle schroniska (zawsze robię sobie fotki na tle schronisk i tabliczek z oznaczeniem parków narodowych i krajobrazowych :) )

selfie z Andrzejówką ;) 

Podbiegam pod podejście na Waligórę. Wolontariusze podśmiechują się - "witamy na zjeżdżalni". No to będzie jazda! Podchodzę pod najwyższy punkt trasy, wcale nie jest tak źle. Za plecami słyszę innych zawodników, jestem pewna, że zaraz mnie wyprzedzą. Tak się jednak nie dzieje. Każdy ma problem z tym podejściem. Znałam je doskonale z mojej poprzedniej wizyty w Górach Kamiennych. Wiedziałam co mnie czeka. Nawet warunki były podobne! W końcowej fazie podejścia ląduję na czterech łapkach i znowu korzystam z pomocy korzeni i mchu, w który mogę wbić paznokcie :P Doganiam jakieś dziewczyny. No to ekspresowe selfie na szczycie :) 

na Waligórze :)
i moim celem staje się dogonienie dziewczyn. Zbiegam szybko w dół, potykam się o gałąź. Akrobacja w locie i o dziwo, bez wywrotki, ląduje na dwóch girkach. Jedna z dziewczyn jest już na wyciągnięcie ręki. Zagaduję do niej, chwilkę rozmawiamy, ale za moment czeka nas przyjemny zbieg pod Szpiczak. Nogi ciągną mnie szybko w dół. Wyprzedzam ją. Na punkcie znów łykam colę i przygotowuję się psychicznie na Szpiczak. Początkowo łagodnie pod górę, a nawet kawalindek w dół. No, ale przychodzi wreszcie moment, gdzie nie daję rady biec. Przechodzę do marszu i w ten sposób gonię kolejne osoby. Jest bardzo stromo. Idę praktycznie na palcach, pięty luźno sobie dyndają. Łydki za to skrzypią, piszczą, ale jeszcze trochę dadzą chyba radę. 

Podejście na Szpiczak
Na Szpiczaku znowu możemy napić się coli. Robię tu krótką przerwę i ziuuu w dół. Wyprzedzam kolejne dwie dziewczyny. 

Szpiczak
Ale na kolejnym bardzo stromym, prawie pionowym zbiegu, wychodzi moja nieumiejętność zbiegania. Idę tam w dół powolutku, żeby nie zjechać na pupie. No boję się puścić luźno i przyspieszyć... łapię się gałęzi, drzew... mija mnie jedna z wyprzedzonych dziewczyn. 
Dalej biegniemy prawie równo - na podejściach ją doganiam, na bardziej stromych zbiegach ona zostawia mnie daleko w tyle. W końcu wyprzedzam tę zawodniczkę, ale ona do końca nie odpuszcza i widzę ją jeszcze  na horyzoncie pauzując na ostatnim punkcie odżywczym. Do ostatniego punktu odżywczego biegnę prawie cały czas sama. Po drodze widzę jakieś strzałki i boję się czy trasa półmaratonu gdzieś nie skręcała i czasem nie będę musiała pobiec ultra, bo za nic w świecie nie chciałabym się cofać ;) (tak fajnie się zbiegało!).

fot. Agnieszka Kowalczyk

Na szczęście jestem na dobrej drodze. Tu piję "domowy" izotonik, który dodaje mi powera na ostatnie kilometry, ale funduje także kolkę. Biegnę z tą kolką w dół, na trasie sporo kamieni, teren nierówny, no to trochę mnie tam wytrzęsło. Myślałam już, że nauczyłam się zbiegać, a tu nagle mija mnie dwóch facetów, którzy mkną w dół jak rakiety. Swoim tempem docieram do asfaltu. Widzę kilku kibiców. Dopingują, krzyczą, klaszczą. Na asfalcie napis - "teraz już tylko zbieg", czy coś takiego. Cieszę się nieziemsko, ale tylko przez kilkaset metrów. Nudno się zrobiło bez tych górek, lasu, podejść, kamienistych zbiegów. I o dziwo zaczęłam się bardziej męczyć. Wyprzedzam jednego z panów, który mijał mnie jeszcze w lesie i cisnę ile sił w nogach. Skręcam na pole, już jest coraz gorzej, marzę o mecie. "200 metrów go! go! "- zauważam taki napis i przez chwilę boję się czy czasem nie było tam jeszcze jednego zera. Mijam ostatniego fotografa na trasie i parę dzieciaków, które przybijają mi piątki mocy i mówią, że meta już blisko. Chwilę później już ją zauważam. Widząc kibiców i słysząc ich krzyki i oklaski, na twarzy maluje mi się uśmiech. Wbiegam na metę, słyszę swoje nazwisko i jak spiker mówi, że wyglądam na bardzo zmęczoną. Tak się trochę czułam :) Odbieram medal, jest chwilka na przytulaski z organizatorką.... Łaaał ale było pięknie! Chwilę po mnie na metę wbiega Alina! Podobno wszystkie bóle jej przeszły i biegło jej się wspaniale :) 

Alinka na mecie :) 
Dzwonię do męża i mówię, że już jestem na mecie, po ok. 3 godzinach i 10 minutach. W odpowiedzi słyszę - już? i tyle czasu jechałaś tam, żeby tylko tyle pobiegać? :D Fakt, dla mnie ten czas jest nie lada sukcesem. Był to mój drugi bieg górski w życiu (nie licząc "dyszek" na Dziewiczej Górze w okolicy Poznania), po Festiwalu Biegowym w Krynicy Zdroju. Przybiegłam jako siódma kobieta i piąta w swojej kategorii wiekowej. Ponieważ miejsca na podium w kategoriach open i wiekowych się nie dublowały, wskoczyłam na pudło! :D

fot. Alina

fot. Alina


W strefie mety spędziłyśmy trochę czasu. Pogoda dopisywała. Wyszło słoneczko, więc grzałyśmy się w jego promieniach. 

z medalem/ fot. Alina

Wieczorem umówiłyśmy się jeszcze z chłopakami (Kamilem, Bartkiem i Mariuszem) na piwo w browarze Jedlinka. Każdy myślał, że na piwku, dwóch się skończy, ale gdy tam zajechaliśmy, dyskoteka trwała w najlepsze. Były więc pogaduszki, tańce, wygłupy :) Nie wiem skąd mieliśmy na to wszystko siły. Śmialiśmy się, że na parkiecie każdy z nas zrobił raz jeszcze dystans, który przebiegł. Na koniec Mariusz namówił nas na nocny pieszy powrót z Jedliny Zdroju do Głuszycy, a nawet dalej (bo nasza kwatera znajdowała się ok. 1,5 km za Głuszycą). Podobno znał jakieś mega skróty... Zaoszczędziliśmy pewnie maksymalnie z 200 metrów ;) Szurając nogami, tuż przed 4 w nocy, dotarliśmy do naszej bazy noclegowej :) 

Oj długo będziemy jeszcze wspominać ten weekend w Głuszycy. Było wspaniale! 

Wielkie gratulacje dla organizatorów i wszystkich, którzy dołożyli starań, by tak świetnie przebiegła ta impreza sportowa. Wszystko dopięte na ostatni guzik. Cudowna atmosfera, przyjaźni ludzie, przemili wolontariusze i kibice. Fantastyczna strefa mety, przepyszne żarełko, genialne koszulki i medal! Cieszę się ogromnie, że mogłam wziąć udział w tych zawodach. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę (może za rok, by pobiec ultra? :P ). Na pewno będę polecać start w WRC wszystkim znajomym i nieznajomym biegaczom :) 

Na koniec wrzucam jeszcze profil trasy, z którą musieliśmy się zmierzyć na dystansie półmaratonu (25 km), z przewyzszeniem ok. 1100 m:
źródło: www.waligoraruncross.pl