sobota, 6 maja 2017

Korona Gór Polski: Góry Świętokrzyskie Łysica dla niezmotoryzowanych, ze Świętej Katarzyny Święty Krzyż

W tym roku nasz długi majowy weekend trwał naprawdę sporo. Jak już wiecie z poprzednich wpisów, tuż po moim starcie w Orlen Warsaw Marathon, pojechaliśmy do Kielc (Kielce: Rezerwat Wietrznia, Góra Telegraf, Hałasa, Jaskinia Raj). Głównym celem tego wypadu było oczywiście zdobycie najniższego szczytu z Korony Gór Polski - Łysicy.

Do Kielc dojechaliśmy z Warszawy Polskim Busem (udało się upolować bilet za złotówkę i 9 zł :-) ) Skoro więc korzystaliśmy z komunikacji publicznej, na miejscu również byliśmy niezmotoryzowani. Na szczęście w Kielcach to nie problem. Kursują tu bowiem bardzo często busy. Dworzec busów znajduje się przy ul. Żelaznej 18 (w pobliżu dworca PKP). Znając mniej więcej rozkład, bardzo łatwo zaplanować swoją wycieczkę po najbliższej okolicy. Rozkład i potrzebne informacje znajdziecie na stronie: http://www.busy-kielce.pl/

Dzień zapowiadał się całkiem przyjemnie (biorąc pod uwagę to, co obecnie dzieje się w pogodzie). Koło godz. 9  byliśmy już na dworcu busów, skąd podjechaliśmy do Świętej Katarzyny. W Świętej Katarzynie zatrzymują się busy jadące m.in. do Bodzentyna, Siekierna, czy Sieradowic (wszystkiego dowiecie się na podanej wyżej stronie internetowej). Koszt podróży to  4 zł/1 os. 

Z przystanku w Świętej Katarzynie, kawałek się cofnęliśmy do klasztoru bernardynek, gdyż to właśnie w jego pobliżu rozpoczyna się szlak na Łysicę. Przed wejściem do Świętokrzyskiego Parku Narodowego znajduje się także parking. Obok parkingu zauważyć można kapliczkę Żeromskiego. W jej wnętrzu Stefan Żeromski pod koniec XIX wieku wydrapał swój podpis. Podobno do dziś jest świetnie widoczny. Niestety nie podeszliśmy do kapliczki, ponieważ była "okupowana" przez szkolną wycieczkę, a nam zależało, żeby wyruszyć na trasę jeszcze przed nią. 

Nieco wyżej znajduje się wejście do Parku Narodowego i kasy. Wstęp kosztuje 7 zł (osoba dorosła) i upoważnia do jednodniowego wejścia na płatne szlaki ŚPN, tj:
- na odcinku szlaku czerwonego Święta Katarzyna – Huta Szklana
- na odcinku szlaku czerwonego Święty Krzyż – Trzcianka
- na odcinku szlaku niebieskiego Nowa Słupia – Święty Krzyż
a także na galerię widokową na gołoborzu na Łysej Górze oraz na  przyrodnicze ścieżki edukacyjne.

Wejście do Parku wygląda mniej więcej tak (poniższe zostało zrobione w Kakoninie, ale to w Świętej Katarzynie jest prawie identyczne).



Po krótkiej chwili przechodzimy obok źródełka Św. Franciszka (otoczone ozdobnym ogrodzeniem) oraz pięknej kapliczki, pw. również Św. Franciszka. 



Szlak biegnie momentami po drewnianych pomostach...


a następnie przechodzi w nieco bardziej strome schody ubezpieczone barierkami.


Im wyżej idziemy, tym więcej kamlotów pojawia się na trasie i w jej okolicy.


Tuż pod Łysicą znajduje się usypana z głazów "górka" i gdy myślimy, że to już jest to, okazuje się, że szczyt jest kilkadziesiąt kroków dalej. Ta "górka" to oczywiście przykład gołoborza, z których słyną Góry Świętokrzyskie. 

No i jesteśmy na Łysicy, 28-tym  szczycie znajdującym się na liście Korony Gór Polski. Ze Świętej Katarzyny zajęło nam to ok. 35-40 minut. Szlakowskaz wskazuje ok. godziny. Nie piszę tego po to, by się chwalić. Każdy chodzi po górach swoim tempem. Często zdarza nam się wyprzedzać czas podany na mapie , jednak planując wycieczkę, zawsze biorę pod uwagę lekki zapas. Na szczycie spędziliśmy kilkadziesiąt minut. To zaowocowało decyzją, że idziemy szlakiem dalej - do Kakonina, a być może nawet na Święty Krzyż (Łysiec, Łysą Górę)


Szczyt posiada tablicę, przy której można sobie "strzelić" pamiątkową fotkę. Znajduje się tu również krzyż z 1930 r. , który wyznacza najwyższy punkt Łysicy. 


Szczyt Łysicy wygląda właśnie tak:

No i było również pamiątkowe selfie ;-) 


Jak widać, w wyższych partiach leżał jeszcze śnieg (25.04.2017) i było trochę zimno, stąd moja czapa :D 

Idąc dalej szlakiem, nie dzieje się nic specjalnego, tzn. wędrówka jest całkiem przyjemna :)  Piękny las dookoła, widoków brak (na szczycie Łysicy są również bardzo ograniczone). W końcu docieramy do Przełęczy Świętego Mikołaja.


To dość charakterystyczne miejsce. Jak widać na powyższym zdjęciu, do naszego czerwonego szlaku, dołącza także niebieski (ma on tutaj swój początek). Najważniejszym punktem orientacyjnym jest jednak kaplica Św. Mikołaja, a także spora ilość ławek.


Kiedyś szlak biegł dalej grzbietem. Niestety (dla turystów) ze względu na ochronę fragmentu Puszczy Jodłowej, zmienił swój przebieg i chcąc, nie chcąc musimy przejść przez Kakonin. 


Zejście do najbliższych zabudowań tego dnia nie było przyjemne. Wielokrotnie wdepnęłam w bardzo "mięsiste", nawodnione miejsca, które spowodowały pierwsze zalania moich butów. Zalegająca na łąkach woda wydawała się lodowata ;-) 

W Kakoninie, po prawej stronie skrzyżowania szlaku z asfaltem znajduje się sklep, w którym udało nam się nabyć drobne przekąski i piwo ;)

Sympatyczna pani poinformowała nas o możliwości zwiedzenia starej, zabytkowej chaty, w której, znajdujące się wyposażenie, pochodzi z oryginalnych kakonińskich chat, jakich kiedyś było tu mnóstwo (wstęp 2 zł/1 os.). Oczywiście weszliśmy do środka i była to bardzo dobra decyzja. 

Kobieta w bardzo interesujący sposób przybliżyła nam jak wyglądało życie w takiej chacie. Poniżej tylko jedno zdjęcie wnętrza, resztę polecam zobaczyć na własne oczy, a ciekawe historie usłyszeć również osobiście!


Tak zabytkowa chata wygląda z zewnątrz:


Po tym inspirującym spotkaniu ruszyliśmy dalej. Szlak biegnie dłuższą chwilę asfaltem. Wokół rozpościerają się widoki na  liczne pola truskawek, z których podobno żyję tutejsza ludność (dobrze, że do owoców jeszcze trochę czasu, bo pewnie bym tu została ;-)) 


Nasz szlak wchodzi wreszcie w las. Przywitały nas piękne białe zawilce. 


i drobna przeszkoda do pokonania:



Dalej szlak biegnie skrajem lasu. Gdzieniegdzie musieliśmy nieco obchodzić wyznaczoną trasę, ponieważ była trochę zalana lub zbyt intensywnie nawodniona. Tu moje stopy przyzwyczaiły się już do temperatury wody i każde niespodziewane zanurzenie nie robiło na nich wielkiego wrażenia. 


W niektórych miejscach można wyjść z lasu na całkiem ciekawe miejsca widokowe...





a także zobaczyć urocze kapliczki:


Przed nami pojawiły się nieco gęstsze zabudowania. To Huta Szklana. 


Tu spotkaliśmy pierwszych turystów, punkty z pamiątkami, zobaczyliśmy po raz pierwszy od dawna "cywilizację". Jest to bowiem bardzo dobry punkt wypadowy na Święty Krzyż. Przyjeżdżają tu autokary z wycieczkami, wybierającymi się, chyba najkrótszą drogą, do tego miejsca. W Hucie Szklanej zatrzymaliśmy się na chwilę w karczmie "Izba Dobrego Smaku". Mieliśmy wpaść tylko na piwko, którego wybór tu całkiem niemały, ale zostaliśmy również na zestaw dnia, który kosztował poniżej 20 zł. W menu tego dnia była zupa pomidorowa i pulpety w sosie koperkowym - wszystko bardzo smaczne (i można płacić kartą :-) )

Obiad (i piwko) dodał nam sił na dalszą wędrówkę. Ta odbywała się po asfalcie. Można było "zboczyć" na ścieżkę edukacyjną, ale my trzymaliśmy się tego płaściutkiego asfaltu. Tuż przed najwyższym punktem Łysej Góry, odbiliśmy na platformę widokową nad gołoborzem (bilet kupiony w Świętej Katarzynie obowiązywał również w tym miejscu). Z tym gołoborzem wiąże się kilka  legend i wierzeń. Większość dotyczy jednak praktyk pogańskich. 




Do sanktuarium na Łysej Górze weszliśmy tylko na chwilę. Jakoś czułam się nieodpowiednio ubrana na tę okazję. Zresztą tu znowu można było spotkać kilka zorganizowanych wycieczek, które staramy się omijać (chociaż czasem przewodnik potrafi opowiedzieć coś ciekawego). 


W sezonie, wokół sanktuarium, znajduje się kilka (dla nas nieco) skomercjalizowanych punktów, w których kupimy "benedyktyńskie" przysmaki czy pamiątki "made in china". Podczas naszej wizyty większość była zamknięta, ale szyldy dały do myślenia. 

Zaczęliśmy powoli schodzić do Nowej Słupi szlakiem niebieskim. 


Delikatnie pokropiło z nieba, ale poza panem w niebieskiej kurtce, wchodzącym od strony Nowej Słupi, nie spotkaliśmy tu już znów nikogo.



Poniżej tradycyjny profil wg endomondo:


dystans ok. 19 km/ czas wędrówki ok. 4,5 h (nie wliczając przerw i postojów) 

Z Rynku w Nowej Słupi do Kielc kursują nie tylko busy. Nam udało się złapać autobus PKS. Za 5 zł /1 os. zawiózł nas do Kielc, Czekaliśmy w Nowej Słupi jakieś 10 minut. 


To był bardzo przyjemny dzień, nasz pierwszy i jedyny do tej pory dzień w Świętokrzyskim Parku Narodowym. Porównując do innych szczytów Korony Gór Polski, nawet pomimo przemierzonego dystansu, było dość lajtowo. Bardzo podobała mi się cisza, spokój, brak turystów. 
Góry Świętokrzyskie mają specyficzny klimat, jest tam naprawdę pięknie, chociaż ja... lubię się bardziej zmęczyć :-) 

czwartek, 4 maja 2017

Kielce: Rezerwat Wietrznia, Góra Telegraf, Hałasa, Jaskinia Raj

Żeby dostać się z Poznania do Kielc transportem publicznym, trzeba się trochę nagimnastykować. Połączenia kolejowe zapewniają długie godziny spędzone w podróży i konieczność przesiadek. Dlatego postanowiliśmy wykorzystać nasz pobyt w Warszawie ( Orlen Warsaw Marathon 2017) i  właśnie ze stolicy udać się do Kielc. Warszawa oferuje gęstą sieć połączeń tanich linii autobusowych. Nam udało się upolować bilety na podróż Polskim Busem za złotówkę :-) Tak to można podróżować! 

Do Kielc przyjechaliśmy w godzinach popołudniowych. Spacerkiem dotarliśmy do naszej kwatery, "zahaczając" po drodze o plac Moniuszki i pomnik Milesa Davisa. Pomnik ten odsłonięto w 10 rocznicę śmierci tego wybitnego muzyka jazzowego. 


Nasza kwatera znajdowała się w pobliżu rezerwatu Wietrznia im. Zbigniewa Rubinowskiego, dlatego po szybkim rozpakowaniu się, pognaliśmy właśnie w kierunku Wietrzni. 




Jest to rezerwat, który powstał w 1999 r. i obejmuje obszar byłego kamieniołomu.. Występują tu zjawiska krasowe, odkryto tutaj m.in. kilkadziesiąt gatunków skamieniałości oraz 5 schronisk skalnych i jaskiń. 
W sąsiedztwie rezerwatu znajduje się Centrum Geoedukacji, do którego niestety nie udało nam się wejść.  







Nie udało nam się również pospacerować wszystkimi ścieżkami Wietrzni, ponieważ w naszych głowach zrodził się pomysł, żeby wejść tego popołudnia jeszcze na górę Telegraf. 



Z lekkim niedosytem opuściliśmy więc Wietrznię, przechodząc jedynie obok Centrum Geoedukacji weszliśmy na szlak żółty, na którym nieco pobłądziliśmy. 


Korzystając z internetowych mapudało nam się znaleźć wreszcie właściwy szlak niebieski, prowadzący na Górę Telegraf i Hałasę (wejście na ten szlak znajduje się przy markecie Carrefour Express).
Góra Telegraf to niewysokie wniesienie (408 m n.p.m.) leżące w Paśmie Dymińskim. Łatwo poznać je patrząc z Kielc - na szczycie znajduje się charakterystyczny maszt. Roztacza się stąd bardzo ładna panorama Kielc. Telegraf słynie także z krzesełkowego wyciągu narciarskiego. 




Kilka minut drogi dzieli Górę Telegraf od szczytu Hałasa (393 m n.p.m.). Tu znajduje się dostrzegalnia przeciwpożarowa. 


Ponieważ robiło się już ciemno, zeszliśmy do Kielc. Gdyby czasu było więcej, można by się pokusić o dłuższą wędrówkę, ponieważ niebieski szlak łączy Chęciny z Łagowem - można więc nieźle podreptać :-) 

Na koniec kilka słów o Jaskini Raj, którą odwiedziliśmy w bardzo deszczowy dzień. 
Jeśli nie jesteśmy zmotoryzowani, warto skorzystać z przejazdu busem. 
Dworzec busów znajduje się w pobliżu dworca pkp w Kielcach, a dokładnie przy ul. Żelaznej 18. 
Rozkład jazdy znajdziecie na stronie: http://www.busy-kielce.pl/. Przy dworcu busów funkcjonuje bar. 

Jadąc do Jaskini Raj (przystanek Chęciny: Jakinia Raj) szukajcie busów jadących w kierunku Jędrzejowa, Bolmina Milechowego lub Korytnicy. Przejazd kosztuje ok. 2,50 zł/1 osoba w jedną stronę. Wysiadamy mniej więcej w tym miejscu:



Stąd czeka nas ok. 1,5 km spacer do jaskini. Warto wcześniej zarezerwować wizytę. Nam udało się wejść bez rezerwacji, jednak byliśmy w tygodniu, jeszcze przed szczytem sezonu. Wstęp od 15 kwietnia - 20 października kosztuje 18 zł. Zwiedzanie jaskini trwa ok. 40 min. Od zawsze chciałam zobaczyć Jaskinię Raj. Pamiętam jak wiele razy w szkole powtarzano nam, że to najpiękniejsza jaskinia w Polsce. Nie zawiodłam się. Tam jest naprawdę cudownie! Nagromadzenie form naciekowych, rozmaite kształty, które przypominają baranka na spadochronie czy Świętego Mikołaja potrafią zaskoczyć i rozśmieszyć. Naprawdę warto zobaczyć to na własne oczy. Zdjęć w jaskini nie wolno robić, ale obrazy z jej wnętrza na pewno na długo zostaną w pamięci...
Po szczegóły odsyłam na stronę:

W kolejnym wpisie będziecie mogli przeczytać o naszym wejściu na Łysicę i Święty Krzyż. 

Kielce okazały się bardzo ciekawym miastem, a ich najbliższe okolice terenem, który chciałoby się jeszcze poodkrywać.  Wiele jeszcze musimy zobaczyć. Niestety pogoda nie pozwoliła nam na odwiedzenie chociażby pozostałych rezerwatów znajdujących się w Kielcach i okolicy (a mieliśmy na to wielką ochotę). Mamy po co wracać :) 


czwartek, 27 kwietnia 2017

Weekend w Warszawie: Orlen Warsaw Martathon #owm i wiosenny spacer po Łazienkach Królewskich zdjęcia foto

I znowu zagnało mnie do stolicy... Pod koniec ubiegłego roku wygrałam pakiet startowy na Orlen Warsaw Marathon. Stwierdziłam, że maraton w tym terminie będzie dobrym pomysłem, by przygotować się do innego tegorocznego wyzwania i pobiegnę "Orlen" treningowo. 


Do Warszawy przyjechaliśmy z mężem w sobotę. Zakwaterowaliśmy się w hostelu na warszawskiej Pradze, odebraliśmy pakiet startowy i zaczęły mnie dręczyć niespokojne myśli wymieszane z totalną głupawką, czyli "normalka" przed zawodami. 



(przed startem, foto by mąż)

(sypnęło śniegiem, foto by mąż)

Dzień startu już bardziej spokojny, chociaż od rana tradycyjnie lekki stresik, który minął wraz z rozpoczęciem biegu. Przed startem sypnęło jeszcze śniegiem czy też gradem, co wszystkich wprawiło w lekkie osłupienie. Później pogoda zmienna - trochę słońca, trochę chmur. Bałam się tego maratonu, ponieważ byłam w tej Warszawie na trasie zupełnie sama... żadnej znajomej twarzy, żadnego "prywatnego" kibica, a mąż tym razem nie towarzyszył mi na rowerze, tylko dzielnie czekał na mecie. Na szczęście biegło mi się bardzo dobrze. Kilka nowych piosenek w słuchawkach, częste punkty odżywcze, wspaniali wolontariusze, którzy po imieniu zagrzewali do biegu, liczni kibice - uśmiechnięte chłopaki, piękne dziewczyny, starsi, młodsi, ksiądz, Japończycy, Ukraińcy; zespoły muzyczne... cała ta asmosfera biegowego święta jakoś skutecznie odwracała moją uwagę od wysiłku. Gdy pojawiał się kryzys, liczyłam piętra w wieżowcach, wymyślałam jakieś głupie rymy do "Orlen", "Orlenie" (bawiło mnie to nawet) lub wizualizowałam piwko na mecie ;-) No musiałam zająć czymś głowę. 
(półmetek :) foto: fotomaraton.pl)


W pewnym momencie chciałam powalczyć nawet o życiówkę, ale silny wiatr od ok. 25 kilometra skutecznie zeryfikował moje plany. Już nie biegło się tak fajnie... Wiało potwornie. Próbowałam się chować za innymi biegaczami, ale to nic nie dawało, bo silne podmuchy pojawiały się ze wszystkich stron świata :) Na 30 kilometrze znów sypnął śnieg, później sypnęło pyłem z ulicy, ogólnie do mety było dość ciężko. Wydawało mi się, że biegnę szybko, że mam niezłe tempo, niestety stoper "mówił" coś innego. 

(foto: fotomaraton.pl)

Tuż przed metą było mi obojętne, jaki czas wykręcę, ale wtedy w słuchawkach usłyszałam Metallikę z coverem "Killing time". Jakoś mnie to zmotywowało i powalczyłam do końca, urywając trochę sekund. Przed metą zobaczyłam męża. To dodało mi skrzydeł. Wysłałam mu buziaka i jak po Red Bullu ;P wleciałam na metę z bardzo przyzwoitym czasem 3:59:00 :D 

(foto: fotomaraton.pl)


 Dla mnie organizacyjnie było rewelacyjnie, nawet pomimo tego, że przez pierwsze dwa kilometry ciężko było porządnie wystartować - tworzyły się lekkie zatory i momentami wszyscy przechodziliśmy do marszu. 
Bardzo miło będę wspominać ten maraton.


---------------------------------------------------------

Po maratonie poszliśmy na krótki spacer do Łazienek Królewskich. Nie wiem skąd wzięliśmy na to jeszcze siły. Chyba pokusa zobaczenia ich w wiosennej odsłonie zadziałała na nas motywująco. Było przepięknie!

Zapraszam na małą galerię zdjęć mojego autorstwa: 




Sporą atrakcją były dla nas przepiękne kaczki mandarynki.  














 O Warszawie poczytacie również w moich wcześniejszych wpisach:

a na relację z poznańskiego maratonu zapraszam tutaj: