Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacer. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 listopada 2017

Kraków: zwiedzanie, atrakcje, Zakrzówek, Kopiec Kościuszki

Skoro wiecie już jak tanio zaplanowaliśmy naszą wycieczkę do Krakowa (Kraków: Sztuka taniego podróżowania), czas, żebym napisała co w tym Krakowie robiliśmy. Przyznam szczerze, że gdy zaczęłam przygotowywać się do tej podróży, poraził mnie ogrom muzeów i miejsc, które chciałabym zobaczyć. Wiedziałam, że Kraków ma sporo do zaoferowania, ale nie spodziewałam się, że tak wiele mnie zainteresuje. Później jednak okazało się, że niektóre miejsca musimy odpuścić, ponieważ od 1 listopada są nieczynne przez cały okres zimowy. No trudno. Dalej okazało się, że prawie wszystkie atrakcje są nieczynne we Wszystkich Świętych, czyli dokładnie w dzień naszego przyjazdu do Krakowa. No dziwnie się złożyło z tą datą, ale tak jak wspominałam w poprzednim wpisie, trzeba było szybko coś wymyślić i zmodyfikować, by urlop nie poszedł na marne.


Do Krakowa przyjechaliśmy koło południa. Zarówno dworzec kolejowy jak i autobusowy znajdują się w bliskim sąsiedztwie starówki. Dlatego pierwsze nasze kroki kierujemy właśnie tam.
Mijamy Pomnik Grunwaldzki, upamiętniający pięćsetną rocznicę bitwy pod Grunwaldem (odsłonięto go w 1910r.)


Stamtąd dobrze widać już Barbakan, a następnie Bramę Floriańską. 


Barbakan, w tle Brama Floriańska
Mój wzrok przykuwa po drodze pomnik, którego wcześniej nie widziałam. Jest to pomnik Jana Matejki. Odsłonięto go w 2013r., więc to stosunkowo młoda atrakcja Krakowa.

Pomnik Jana Matejki
Dalej idziemy ulicą Floriańską na Rynek Główny, następnie ul. Grodzką kierujemy się na Wawel.

na Grodzkiej takie cuda

Wawelu przedstawiać chyba nikomu nie trzeba. To jedno z najbardziej znanych miejsc w Polsce. Dlatego też bardzo tu  tłoczno. Sporo obcokrajowców, rzadko usłyszeć można nasz rodzimy język. Tym razem prawie nie zwiedzamy wnętrz (większość jest nieczynna 1.11.). Jeśli chcecie jednak zwiedzić Wawel nie płacąc za wstęp, listopad jest miesiącem darmowego wstępu do Królewskich Rezydencji (Zamek Królewski na Wawelu, Zamek Królewski w Warszawie, Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie i Muzeum Łazienki Królewskie). Oprócz tego warto wiedzieć, że w ciągu roku bezpłatny wstęp obowiązuje w poniedziałki (1 IV-31 X) oraz niedziele (1 XII - 31 III). Uwaga! w ten sposób nie obejrzymy wszystkich wystaw, a godziny otwarcia mogą być inne niż na co dzień. 
Nam udało się jedynie wejść do katedry oraz zobaczyć groby Józefa Piłsudskiego oraz Marii i Lecha Kaczyńskich. 



Drzwi katedry

dziedziniec Wawelu

Pospacerowaliśmy chwilę po wzgórzu wawelskim, w pewnym momencie zauważyliśmy to:


To chyba Babia Góra, co? Ktoś może potwierdzić? 
Byłam bardzo zadowolona, że widzę góry. Stęskniłam się za nimi...

Opuściliśmy Wawel i pieszo zaczęliśmy kierować się w stronę Zakrzówka. Widziałam w internecie tę "miejscówkę" i zapragnęłam zobaczyć ją na własne oczy. Nie spodziewałam się, że odwiedzimy tym samym kolejny park krajobrazowy (Bielańsko-Tyniecki).


Widzimy Skały Twardowskiego i ludzi, którzy tam, na górze biegają i spacerują. 


Szukamy więc ścieżek, podejść... Błądzimy jak dzieci we mgle. W końcu nam się udaje wejść na górę. To, co widzimy robi na nas niesamowite wrażenie!




Na powyższych zdjęciach możecie zobaczyć Zalew Zakrzówek. Jest to zbiornik sztuczny. Powstał w wyniku zalania dawnego kamieniołomu. Podobno latem jest to jedno z ulubionych miejsc wypoczynkowych dla mieszkańców Krakowa. Wcale się nie dziwię. I pomyśleć,że to zaledwie ok. 4 km od Rynku Głównego :) Na pewno latem jest to miejsce niezwykle atrakcyjne, ale teraz, po sezonie, bez tłumów, miało również swój urok. 
Patrząc w przeciwnym kierunku od Zalewu zobaczymy wspaniałą panoramę Krakowa...


Ratusz, Kościół Mariacki i Wawel jak na dłoni..


Piękny kolor wody


Dostrzegamy również Kopiec Kościuszki, dokąd za moment będziemy przemieszczać się również pieszo. 

Kopiec Kościuszki
Gdzieniegdzie znów widzimy góry, niestety na zdjęciach kompletnie nic nie wyszło. Zerkamy na mapę chcąc wytyczyć sobie trasę do Kopca Kościuszki. Na mapie widzimy most, którym przejdziemy na drugą stronę Wisły. Obieramy więc na niego kierunek i podziwiając piękną polską złotą jesień, schodzimy z malowniczych wzgórz i skał...



Gdy dochodzimy do mostu, okazuje się, że jest zamknięty. Nie można na niego wejść! Niech to szlag! Czeka nas więc cofnięcie i nadrobienie sporej drogi. Na szczęście humory nam  mimo wszystko dopisywały. Na pocieszenie kupiliśmy sobie jeszcze po piwku i już jakoś dało się znieść tę "porażkę" ;P 
Niestety listopad jest miesiącem, w którym dni stają się coraz krótsze. Zaczęło się ściemniać. Mimo to postanowiliśmy iść na ten cały Kopiec. W jego pobliżu znajduje się cmentarz, więc znów zrobiło się tłoczno. Przyznam szczerze, że trochę trzeba się napocić by wejść na to wzgórze. W tłumie wcale nie było łatwiej ;) Mamy to! Jesteśmy pod samym kopcem. Niestety wejście na Kopiec tego dnia zamknięto niecałą godzinę temu. No trudno... będziemy musieli wrócić jutro. 
Robimy kilka fotek i zmykamy w kierunku hotelu. 




Czas na zasłużony odpoczynek, bo w nogach mamy niecałe 20 kilometrów :-) 


czwartek, 27 kwietnia 2017

Weekend w Warszawie: Orlen Warsaw Martathon #owm i wiosenny spacer po Łazienkach Królewskich zdjęcia foto

I znowu zagnało mnie do stolicy... Pod koniec ubiegłego roku wygrałam pakiet startowy na Orlen Warsaw Marathon. Stwierdziłam, że maraton w tym terminie będzie dobrym pomysłem, by przygotować się do innego tegorocznego wyzwania i pobiegnę "Orlen" treningowo. 


Do Warszawy przyjechaliśmy z mężem w sobotę. Zakwaterowaliśmy się w hostelu na warszawskiej Pradze, odebraliśmy pakiet startowy i zaczęły mnie dręczyć niespokojne myśli wymieszane z totalną głupawką, czyli "normalka" przed zawodami. 



(przed startem, foto by mąż)

(sypnęło śniegiem, foto by mąż)

Dzień startu już bardziej spokojny, chociaż od rana tradycyjnie lekki stresik, który minął wraz z rozpoczęciem biegu. Przed startem sypnęło jeszcze śniegiem czy też gradem, co wszystkich wprawiło w lekkie osłupienie. Później pogoda zmienna - trochę słońca, trochę chmur. Bałam się tego maratonu, ponieważ byłam w tej Warszawie na trasie zupełnie sama... żadnej znajomej twarzy, żadnego "prywatnego" kibica, a mąż tym razem nie towarzyszył mi na rowerze, tylko dzielnie czekał na mecie. Na szczęście biegło mi się bardzo dobrze. Kilka nowych piosenek w słuchawkach, częste punkty odżywcze, wspaniali wolontariusze, którzy po imieniu zagrzewali do biegu, liczni kibice - uśmiechnięte chłopaki, piękne dziewczyny, starsi, młodsi, ksiądz, Japończycy, Ukraińcy; zespoły muzyczne... cała ta asmosfera biegowego święta jakoś skutecznie odwracała moją uwagę od wysiłku. Gdy pojawiał się kryzys, liczyłam piętra w wieżowcach, wymyślałam jakieś głupie rymy do "Orlen", "Orlenie" (bawiło mnie to nawet) lub wizualizowałam piwko na mecie ;-) No musiałam zająć czymś głowę. 
(półmetek :) foto: fotomaraton.pl)


W pewnym momencie chciałam powalczyć nawet o życiówkę, ale silny wiatr od ok. 25 kilometra skutecznie zeryfikował moje plany. Już nie biegło się tak fajnie... Wiało potwornie. Próbowałam się chować za innymi biegaczami, ale to nic nie dawało, bo silne podmuchy pojawiały się ze wszystkich stron świata :) Na 30 kilometrze znów sypnął śnieg, później sypnęło pyłem z ulicy, ogólnie do mety było dość ciężko. Wydawało mi się, że biegnę szybko, że mam niezłe tempo, niestety stoper "mówił" coś innego. 

(foto: fotomaraton.pl)

Tuż przed metą było mi obojętne, jaki czas wykręcę, ale wtedy w słuchawkach usłyszałam Metallikę z coverem "Killing time". Jakoś mnie to zmotywowało i powalczyłam do końca, urywając trochę sekund. Przed metą zobaczyłam męża. To dodało mi skrzydeł. Wysłałam mu buziaka i jak po Red Bullu ;P wleciałam na metę z bardzo przyzwoitym czasem 3:59:00 :D 

(foto: fotomaraton.pl)


 Dla mnie organizacyjnie było rewelacyjnie, nawet pomimo tego, że przez pierwsze dwa kilometry ciężko było porządnie wystartować - tworzyły się lekkie zatory i momentami wszyscy przechodziliśmy do marszu. 
Bardzo miło będę wspominać ten maraton.


---------------------------------------------------------

Po maratonie poszliśmy na krótki spacer do Łazienek Królewskich. Nie wiem skąd wzięliśmy na to jeszcze siły. Chyba pokusa zobaczenia ich w wiosennej odsłonie zadziałała na nas motywująco. Było przepięknie!

Zapraszam na małą galerię zdjęć mojego autorstwa: 




Sporą atrakcją były dla nas przepiękne kaczki mandarynki.  














 O Warszawie poczytacie również w moich wcześniejszych wpisach:

a na relację z poznańskiego maratonu zapraszam tutaj: 

czwartek, 9 czerwca 2016

Karkonosze: Zamek Chojnik z Sobieszowa. Czy warto go zwiedzić?


Ostatni weekend spędziłam w rodzinnym gronie. Pojechaliśmy w Karkonosze, do miejscowości Borowice. Sama miejscowość jest bardzo cicha, spokojna i niewielkich rozmiarów. Znajduje się tu duży ośrodek wczasowo-kolonijny i z pewnością kilka prywatnych kwater. Z tego miejsca do wyboru mamy dwa szlaki prowadzące w polskie Karkonosze - żółty i zielony (relacja wkrótce) . W sobotę zdobyliśmy Królową Karkonoszy - Śnieżkę, w niedzielę natomiast, w drodze powrotnej do Poznania postanowiliśmy przespacerować się na Chojnik. 
Na Chojnik prowadzi kilka szlaków, ja napiszę Wam o dwóch, które miałam okazję przejść/przebiec. Postanowiłam bowiem wykorzystać pogodę i wizytę w górach na kolejny biegowy trening w nieco bardziej pagórkowatym terenie. Zdobyłam na biegowo Chojnik trzykrotnie (czerwonym szlakiem zbiegając raz czarnym szlakiem). 

Szlak czarny:

Szlak czarny przypomina w dużej mierze standardowy górski szlak- bez bruku, płyt chodnikowych, za to z wydeptaną ścieżką i kilkoma większymi atrakcjami :) 

"Szlak czarny - zwany Zbójecką Drogą jest kolejnym szlakiem turystycznym biegnącym od strony Sobieszowa. Rozpoczyna się w tym samym miejscu co szlak czerwony i przez pewien czas biegnie zgodnie z nim. Jednak niedługo po wejściu na teren Enklawy Karkonoskiego Parku Narodowego "Góra Chojnik" szlaki rozwidlają się: czerwony odbija w prawo, czarny zaś biegnie wprost na północne zbocze góry, na której znajduje się Zamek. Szlak czarny potrafi zaskakiwać nieuważnych turystów ze względu na dużą trudność spowodowaną specyficznym ukształtowaniem terenu i dość stromymi podejściami. Jest to  niezwykle malowniczy szlak, dzięki położonych wzdłuż punktom: Zbójeckim Skałom, Zbójeckiej Grocie, Jaskini Dziurawy Kamień oraz Skalnemu  Grzybowi."

Szlakiem tym próbowałam zbiegać. Próbowałam, bo niestety nie mam jeszcze takich umiejętności, by hasać po skałach jak kozica.Początek od strony Sobieszowa jest dość łagodny, kamienisty, wybrukowany szlak, a po rozwidleniu ze szlakiem czerwonym  zmienia się w ścieżkę leśną, na której co jakiś czas pojawiają się kamienie i wystające korzenie. W pewnym momencie na trasie zobaczymy i będziemy musieli się zmierzyć z czymś takim:

(skały na czarnym szlaku na Chojnik)

(skały na czarnym szlaku na Chojnik)

(skały na czarnym szlaku na Chojnik)


Nie jest to bardzo trudne miejsce, ale trzeba być dość uważnym i ostrożnie stawiać nogi. Spodziewam się, że przy mokrej skale trudności pokonania tych głazów znacznie wzrastają. Ten szlak raczej odradzałabym rodzicom z kilkuletnimi dziećmi. Może dostarczyć im lekkich trudności. Po przejściu tego miejsca, czarny szlak pnie się dość stromo do góry szeroką ścieżką z dodatkiem kamieni, głazów i wystających korzeni. Następnie łączy się ze szlakiem czerwonym i dalej już wybrukowaną, wygodną drogą dojdziemy na sam szczyt. 

(wygodna droga na Chojnik - szlak czerwony)



Szlak czerwony
"Rozpoczyna się w Sobieszowie nieopodal Kościoła. Jest to najprostszy z dostepnych szlaków turystycznych prowadzących na Zamek Chojnik. Szlak czerwony biegnie drogą dojazdową do schroniska znajdującego się na Zamku, dzięki czemu jest to doskonały wybór dla osób pragnących dostać się na Zamek Chojnik rowerem lub osób nie mogących pozwolić sobie na trudniejsze szlaki ze wzgledów zdrowotnych."

Rzeczywiście czerwony jest zdecydowanie łatwiejszą opcją. Droga cały czas biegnie wygodnym, wybrukowanym chodnikiem (zdjęcie powyżej). Jedyną trudnością może okazać się różnica wysokości. Momentami jest dość stromo (szczególnie na ostatnim odcinku tuż przed szczytem). Podczas wbiegania czułam lekki ból łydek ;) Na czerwonym szlaku znajdziemy w dwóch miejscach ławeczki, na których można odpocząć, coś przekąsić. W jednym z  tych punktów możemy również napełnić butelki wodą, gdyż znajduje się tam źródełko. 

Wejście na Chojnik czarnym lub czerwonym szlakiem powinno nam zająć ok. 30-50 minut w zależności od naszej kondycji. Dodatkowo warto wiedzieć, że aby wejść na którykolwiek szlak na Chojnik należy kupić bilet wstępu do Karkonoskiego Parku Narodowego i jeśli chcemy wejść na teren zamku, zapłacimy dodatkowo 6 zł (bilet normalny - cena aktualna czerwiec 2016)

(Dotarłam do zamku :D) 


Myślę, że naprawdę warto poświęcić kilka złotych i wejść na teren zamku, zobaczyć to, co z niego zostało (a zachowało się całkiem sporo!) 


Ciekawostką są na pewno drzewa, które wrastają w mury zamku:



i w ogóle roślinność, która tworzy bajkowy klimat...



Największą atrakcją zamku jest wieża widokowa, z której roztacza się przepiękna panorama - 360 stopni cudownych widoków (uwaga wejście i zejście na/z wieży jest w innym miejscu - wszystko dobrze oznakowane; ruch jednokierunkowy, szczególnie ważne jest to podczas schodzenia - wyższe osoby muszą się porządnie schylić i nie ma możliwości przepuszczenia osób idących do góry)   :











Gdyby pogoda była ciut lepsza, widoki byłyby jeszcze piękniejsze... oczami wyobraźni widzę panoramę z wieży zamku o świcie lub podczas zachodu słońca... to musi być coś pięknego!


A tak wygląda Chojnik z dołu... 


To naprawdę fajna, niewyczerpująca wycieczka dla każdego :)
Byliście na Chojniku?