Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marathon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marathon. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 października 2017

18 PKO Poznań Maraton, czyli co poszło nie tak... (nie popełniajcie moich błędów).

Czasem mam wrażenie, że jestem zbyt ambitna z tym swoim bieganiem... Wynik, który udało mi się wykręcić w Poznaniu w niedzielę, ucieszyłby z pewnością niejedną osobę. Ale to tak jest... Mi też ciężko zrozumieć, jak ktoś narzeka, że pokonał maratoński dystans np. w 3:45. Przecież to wynik, za który dałabym się pokroić ;) Spokojnie, nie miałam zamiaru jeszcze w tym roku pobiec maratonu tak szybko...



Na jesień zaplanowałam start w Maratonie Puszczy Bydgoskiej, więc długo biłam się z myślami, czy w ogóle wystartować w Poznaniu zaledwie dwa tygodnie później. Udało mi się wygrać pakiet startowy na poznański maraton, więc decyzja zapadła - pobiegnę! Nie wiedziałam jednak, czy powalczę o życiówkę, czy pobiegnę na luzie (ciekawe czy w ogóle tak potrafię ☺). Jakby tego było mało, spróbowałam zdobyć także pakiet na Dychę Drzymały w Rakoniewicach. Pakiet za 10 zł, więc numery startowe rozeszły się jak świeże bułki (w 6,5 minuty!).  Załapałam się! No to szykował się intensywny październik...

Maraton Puszczy Bydgoskiej ukończyłam bardzo zadowolona, na drugim miejscu open kobiet. W Rakoniewicach pobiłam swoją życiówkę na 10 km o prawie 3 minuty (obecnie wynosi ona 47:06!). Na ostatnim treningu przed maratonem była moc! Czułam się wspaniale i wtedy postanowiłam atakować życiówkę na królewskim dystansie w Poznaniu...

Coś jednak poszło nie tak... Po pierwsze zbyt lekko potraktowałam dietę. Jadłam, co miałam pod ręką w ilościach znacznie przekraczających rozsądne (przecież w niedzielę wszystko spalę, muszę mieć siłę!). Węglowodany to jedno, ale miałam ogromną ochotę na jakieś "śmieciowe" żarcie i wcale się nie powstrzymywałam. W efekcie zmagazynowałam zapasy niczym niedźwiedź na całą zimę. Czułam się ociężała, "spuchnięta", ale miałam nadzieję, że to przejdzie. Nie udało mi się również z odpoczynkiem i regeneracją. Może zluzowałam  treningi, ale nie wysypiałam się porządnie, a w przeddzień startu zabrałam się za gruntowne porządki w domu, bo szkoda mi było czasu na odpoczynek i chciałam trochę zagłuszyć stres związany z maratonem.

fot. Mati


No i przyszedł dzień startu... Wczesna pobudka i przejedzenie dzień wcześniej spotęgowały mój brak apetytu. Zjadłam mikroskopijną bułeczkę z masłem i dżemem, popiłam kawą i tyle. Nic więcej nie mogłam w siebie wmusić. Przed wejściem do stref startowych spożyłam banana, który miał zapewnić mi moc na pierwsze kilometry. No, ale stało się coś, czego chyba nikt się nie spodziewał. Start maratonu przesunął się o ok. 45 minut. Faktycznie organizatorzy jakoś z tego wybrnęli... Cały czas coś się działo, rozgrzewka, występ Meza itp.  Chociaż każda kolejna rozgrzewka coraz bardziej mnie irytowała i zamiast bojowego nastroju, pojawiło się zniechęcenie i lekkie zrezygnowanie. W końcu ruszyliśmy. 

początek zmagań,  z Aliną :) fot. Mati

Od samego początku biegło mi się kiepsko. Źle się ustawiłyśmy z Aliną w strefie startowej - na końcu grupy osób, które chciały złamać 4 godziny... Było bardzo tłoczno. Próbowałyśmy wyprzedzać, ale za chwilę trzeba było zwolnić. Ta ciągła zmiana tempa wkurzała mnie nieziemsko. Dodatkowo nie widziałam szans, żeby nadrobić stratę i biec wreszcie ustalonym przez siebie wcześniej tempem. Na pierwszym punkcie odżywczym ledwo dopchałam się po kubek "czegoś mokrego" - trafiłam na izotonik. Rozbolał mnie żołądek, pociłam się jakby właśnie padał rekord temperatury powietrza na świecie i Poznań miał zdeklasować Dolinę Śmierci z temperaturowym rekordem z 1913 roku. Już przed dziesiątym kilometrem byłam głodna, zjadłam więc banana. Do bólu żołądka dołączyły kolki. Może wszystko nie było jakieś bardzo uciążliwe, ale powodowało dyskomfort. 


przed wiaduktem na Hetmańskiej, fot. Mati
Po znienawidzonej "agrafce" na Wildzie wyprzedziłam peacemakerów na 4 godziny. Wreszcie luz... można biec swobodnie. Chciałam biec zaledwie ciut szybciej niż zawodnicy łamiący czwóreczkę. Udało mi się to przez kilka kilometrów. Parzyły mnie już podeszwy stóp. Oszczędzałam przed maratonem buty, w których startowałam (nie chciałam ich przemoczyć itp. ), a one tak mają już, że jak długo ich nie używam, to później dają się we znaki "znajomym" parzeniem, jakby chciały mi wykrzyczeć - "dlaczego tak dawno nie miałaś nas na stopach, myślałyśmy, że już nigdy nie wrócisz!" ;P  Koło 20 kilometra minęłam swoich prywatnych kibiców - dziadków, ciocię i Marcina z Dorotą. Pozwolili mi na chwilę zapomnieć o tym jak bardzo nie chce mi się biec. Ale kawałek dalej przeszłam do marszu. Brakowało mi sił. Zaczęłam kombinować z zapasami żeli, dextro, które miałam ze sobą. Długo nie musiałam czekać na to, by ekipa na 4 godziny mnie wyprzedziła. Usłyszałam jeszcze przyjazne "gRUNwald dajesz", od kolegi Marka, co zmotywowało mnie do tego by podbiec kilkadziesiąt metrów i koniec. Więcej się nie dało. Było mi trochę przykro, bo marzenie o życiówce w tej chwili prysło jak bańka mydlana. Włączył mi się mały agresor - "pie***ć ten maraton" ;) I tak ciężko było już prawie do samego końca... Bieg (nawet nie najgorszym tempem) przeplatany marszem. Z tym, że koło 27 km moje myśli zaczęły nawet krążyć wokół zejścia z trasy. Wtedy kibice dodawali otuchy, inni zawodnicy zagrzewali mnie do walki - to było piękne! Do tego moją motywacją stał się  ładny medal i piwo na mecie :-) Muszę się zmieścić w 4:30! - to właśnie postanowiłam. 

nie wiem gdzie to, ale jesień mamy ładną w Poznaniu :) fot. Mati
I tak sobie pląsałam od punktu z wodą do punktu z wodą. Tempo biegu, truchtu, czy jak to nazwać, spadło, ale najważniejsze dla mnie było przemieszczanie się w kierunku mety. W końcu do mety było już bliżej niż dalej... Przy punktach odżywczych przechodziłam do szybkiego marszu, który pozwalał trochę odpocząć, by dalej spróbować podkręcić tempo na kolejnych kilometrach. Sił nawet starczyło na to, by ten przerażający podbieg na ul. Św. Wawrzyńca pokonać świńskim truchtem! Dalej strefa kibica gRUNwald team Poznań ze słynną ścianą. Głośny doping dodał mi skrzydeł! Pofrunęłam więc dalej jak po Red Bullu ;) i koniec tego maratonu już był prawie bez bólu ;) Zaczęłam przyspieszać, uśmiechać się i cieszyć tym, że teraz to już chyba dokulam się do mety.


fot. Mati


fot. Mati


Na ostatniej prostej włożyłam obie słuchawki do uszu (dlaczego nie zrobiłam tego w momencie kryzysu!?) i energetyczna muzyka niosła mnie już do samej linii mety. 

fot. Mati


fot. Mati


Na ostatnich 2 kilometrach udało mi się nadrobić ponad minutę w stosunku do prognozowanego czasu! Była moc! (tylko dlaczego tak późno!?). Według zegarka, na metę wbiegałam w tempie ok. 4:30 min/km!

fot. sts.timing.pl

Czas netto 4:07:36 - na to, co działo się w mojej głowie i ciele na trasie, to mogę napisać, że jestem zadowolona. Gdy jednak pomyślę sobie, że rok temu było dużo lepiej (17 PKO Poznań Maraton) to mam ochotę poprawić ten wynik nawet jutro :P

Za linią mety spotkałam Wojtka, z którym udałam się po odbiór medalu :) 

fot. Emocjonalna

Na finiszerów "polowała" Kasia G., uwieczniając wiele niepowtarzalnych emocji. Byłam potwornie zmęczona. Musiałam klapnąć na chodniku i dojść do siebie. To był chyba mój najgorszy start w życiu. I chociaż wiem, że nie każdy start musi być życiówką, muszę przyznać przed samą sobą, że narobiłam sporo głupstw przed tym maratonem... Do listy błędów warto dodać jeszcze brak treningów w tempie startowym (ostatnio biegałam trochę szybciej, więc wolniejsze tempo podczas maratonu po prostu mnie męczyło) i brak krótkiego rozruchu w przeddzień maratonu, no ale przede wszystkim - nie biega się dwóch maratonów w odstępie 2 tygodni! Na szczęście wyciągnęłam wnioski i chyba na własnych błędach czegoś się nauczę. Najgorsze jest to, że chciałam trzasnąć taką fajną życióweczkę (3:5x) na koniec sezonu i zakończyć (chociaż na jakiś czas) bieganie asfaltowych maratonów. W tej sytuacji jednak... chyba jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa... Polecicie jakiś fajny, nawet kameralny, maraton po asfalcie na wiosnę? :D 



Biegowy rok 2017 uważam za zakończony. Za mną kilka ważnych startów, m.in. 3 półmaratony, 1 bieg górski, 3 maratony i jeden ultra maraton (55km)... działo się! Całkiem nieźle, co?

Czas na odpoczynek, utrzymanie aktywności fizycznej na optymalnym poziomie, wzmocnienie mięśni i pracę nad dietą. Z tym ostatnim będzie problem. Ostatnio zapytałam Mateusza czy lubi np. moje placki z cukinii, batatów (jak zrobię to je, ale nie wiedziałam na 100% czy lubi). Wiecie co odpowiedział? "Najbardziej lubię placki ze schabu"  ;)

piątek, 6 października 2017

Maraton Puszczy Bydgoskiej - działo się!

Nie wiem dlaczego myślałam, że trasa Maratonu Puszczy Bydgoskiej będzie płaska... Gdzieś wyczytałam coś o 33 metrach. Byłam pewna, że to przewyższenie :D Hahaha Ja to mam poczucie humoru ;) Na fanpejdżu tej imprezy biegowej można było obejrzeć filmik, w którym jeden z organizatorów omawia całą trasę. Włączyłam go, ale gdy zorientowałam się, że trwa ponad 20 minut i już na samym początku jest mowa o serii górek, przestałam oglądać z myślą - pitolenie, będzie płasko jak po stole, no bo gdzie w Bydgoszczy jakieś górki!? Teraz już wiem, że zaliczyliśmy chyba wszystkie możliwe górki w Puszczy Bydgoskiej i nie były to wcale żadne popierdóły... 

przed startem/ foto: mąż

Na Maraton Puszczy Bydgoskiej zapisałam się krótko po przebiegnięciu 55 km GWiNTa. Do wyboru były trzy dystanse 21+, 42 + i ultra -> 60+. Miałam apetyt na ultra, jednak po czasie bardzo ucieszyłam się, że do przebiegnięcia mam "tylko" maraton. Później okazało się, że można było w trakcie zawodów skrócić sobie bieg do półmaratonu lub maratonu będąc na liście startowej dłuższego dystansu, co jest całkiem dobrą opcją, gdy opuszczają nas siły. Sama przez moment miałam myśli w stylu - a gdyby tak przestać biec na dwudziestu kilku kilometrach? Na szczęście gdzieś głęboko zakodowałam sobie - BIEGNĘ MARATON!

czekając na start/ foto: mąż

Ale po kolei... Start biegu o 8 rano nie napawał mnie optymizmem. Wiązało się to z wczesną pobudką (przed 6) i bardzo orzeźwiającym (zimnym) porankiem. Przed 7 wymeldowaliśmy się z mężem z naszej noclegowni i komunikacją miejską dotarliśmy w okolice startu. Krótki spacer do Baru pod Kogutem, w pobliżu którego wszystko się odbywało, i praktycznie musiałam zdjąć całą ciepłą, wierzchnią odzież, bo wielkimi krokami zbliżał się start. Depozyt, krótka rozgrzewka i lecimy! Zimno jak pierun. Biegnę powoli, pozwalam się wyprzedzać, staram się nie forsować i oszczędzać siły. Przed startem organizatorzy "wyłapali" kibiców i zaproponowali spacer na 5 i 12 kilometr biegu. Bardzo fajna inicjatywa, biorąc pod uwagę, że bieg odbywał się w miejscu, które kibicom zbyt wiele nie może zaoferować. 
No to sobie biegnę... lajcik, przyjemniutko... Asfaltem przebiegamy na drugą stronę krajowej dwudziestki piątki i zaczyna się puszczański krajobraz... Nagle przed sobą widzę pagór! Całkiem konkretny. Myślę sobie, że to ta seria górek, o której mówił w filmiku organizator, a dalej będzie już płasko. Skoro to (według mnie) taka pojedyncza atrakcja, uwiecznię ją na zdjęciu: 

o oł jest i górka ;)

No i się zaczęło... za tą górką trasa była już bardzo pofalowana. Gdy to zobaczyłam, trochę mnie zamurowało. Nawet na tyle, że przebiegając koło męża, nie odezwałam się słowem. Starałam się jednak do niego uśmiechnąć i przyspieszyć - niech widzi jak świetnie się bawię :D 

na trasie/ fot. mąż
Początkowo te górki bardzo mi się podobały. Podbiegi, zbiegi, trasa bardzo zróżnicowana i ciekawa... Kilometry, pomimo mojego dość wolnego tempa, szybko leciały... Na zbiegach nawet trochę poszalałam. Odliczałam do 12 km, gdzie znowu mogłam zobaczyć męża... 
Tuż przed naszym spotkaniem na trasie -  pagór gigant, potem przewrócone drzewo i stromy zbieg:

fot. mąż

fot. mąż

Piątka mocy od męża i gnam dalej. Trasa wciąż urozmaicona. Góra, dół, trochę płasko, piach... no jest naprawdę ciekawie :)  W okolicy 17  kilometra mam kryzys. Jest płasko do bólu i cholernie nudno. Biegniemy po płytach chodnikowych, które wydają się nie mieć końca. Przede mną rządek innych biegaczy utwierdzających mnie w przekonaniu, że ten fragment trasy trochę jeszcze potrwa. Później znów trochę lasu i wracamy asfaltem na stronę, po której rozpoczynaliśmy swoje zmagania. 

fot. Marek Stanek

Do półmetka dłuży mi się strasznie. Przebiegam przez metę i tak bardzo chciałabym już zakończyć bieg, ale nie daję za wygraną. Chwilkę gadam z mężem, uzupełniam płyny, wcinam banany i ruszam przed siebie... Druga, zupełnie inna pętla przede mną. Mam nadzieję, że będzie łatwiejsza niż ta, którą właśnie ukończyłam. Po niecałym kilometrze opadam jednak z sił. Chcę przejść do marszu, zjeść wafelka w czekoladzie, popić colą i odzyskać chęć  do biegu. Od tego pomysłu odwodzi mnie na moment piosenka, którą słyszę w słuchawce. J Balvin "Mi gente" - jedna z moich ulubionych ostatnio... Dobra - myślę sobie - po tej piosence zrobię sobie przerwę. Biegnę więc próbując śpiewać w myślach to, co słyszę. Zdaję sobie sprawę, że nijak przypomina to hiszpański (pewnie to coś w stylu śpiewania piosenki Modern Talking jako "jomaha jomaso" ;P) i na szczęście kryzys jakoś mija. Powolutku mogę biec dalej. Na trzydziestym kilometrze mówią mi, że jestem trzecią kobietą na trasie. 

fot. Sławek Rzemek

Obiecuję sobie, że tego nie spieprzę, ale wiem, że będzie ciężko. Dobiegam do punktu żywieniowego na 33/34 km. Czeka tam sympatyczna ekipa przebrana za ... łosie. Tych wolontariuszy mogliśmy spotkać już na 9 kilometrze. Byli naprawdę wspaniali i zabawni! ❤
Robię tu dłuższą przerwę, piję i jem do syta. Zaczynam zagadywać do chłopaków na trasie. Jakoś przyjemniej jest jak się zamieni z innymi zawodnikami kilka słów, tym bardziej, że oni cierpią często tak samo jak ja ;) Niektórzy mówią, że chcieli biec ultra, ale chyba skończą na maratonie, bo nie spodziewali się tak trudnego terenu. Trudno się z tym nie zgodzić. Łatwo nie jest praktycznie od samego początku. Ok. 40 km doganiam chłopaka, który mówi, że zaliczył upadek i ciężko mu się biegnie, ale jakoś daje radę. Mówię mu, że zostało jakieś 10 % trasy, więc przy tym co mamy już w nogach to jest po prostu pikuś! Chwilę biegniemy razem, mam wrażenie, że jest tuż obok mnie. Gdy sięgam po żelka i na głos proponuję, że go również poczęstuję, okazuje się, że go nie ma w zasięgu mojego wzroku! :( 
Nie mogę doczekać się już mety i tego, że będę mogła przestać biec. Wyprzedzam jeszcze kilka osób, w tym chłopaka z tatuażem (z logo mojego biegu marzeń ;) ). Zauważam w końcu biegacza, który idzie w moim kierunku z medalem. Pytam, czy daleko do mety. Mówi, że za chwilę będzie skręt w prawo i ostatnia prosta. Dzięki Bogu! 

Zbiegam powoli w dół, widzę skręt i zauważam mężusia! Czyli meta jest tuż tuż... Mąż towarzyszy mi prawie do linii mety (trudno w to uwierzyć - on biegł ze mną! A twierdzi, że nawet na tramwaj nie biega... Może jednak gdzieś w ukryciu trenuje? ;P ) 

Udało się! Jestem drugą kobietą na dystansie maratonu i pierwszą w swojej kategorii wiekowej! 
To, że na trzydziestym kilometrze byłam trzecia na trasie, okazało się prawdą. Dwie dziewczyny, które biegły przede mną miały zamiar pokonać dystans ultra. Jedna z nich postanowiła ukończyć bieg, po niespełna 44 km, druga pognała dalej, co pozwoliło mi cieszyć się po raz pierwszy miejscem na podium w kategorii open kobiet. 

fot. mąż

fot. mąż


To był dla mnie trudny bieg, pełen niespodzianek w postaci rozmaitej ;) Mimo to bardzo mi się podobało. Wspaniała organizacja, cudowna atmosfera, rewelacyjne oznakowanie trasy (nie sposób się zgubić), przyjaźni ludzie... Na pewno warto polecić tę propozycję innym biegaczom.

Poniżej jeszcze profil i trasa, jaką zarejestrował mój sprzęt:



czwartek, 13 października 2016

O tym jak przebiegłam królewski dystans po raz drugi, czyli 17 PKO Poznań Maraton

Trochę się pochwalę, bo jestem z siebie bardzo zadowolona i dumna :)

Moje przygotowania do poznańskiego maratonu tak naprawdę trwały 12 tygodni. Trzy miesiące pełne wyrzeczeń, ciężkich treningów, na które ze względu na ich częstotliwość, nie zawsze chciało się wyjść. Ciężko się biega, gdy nad jeziorem płoną grille, a ty z wywieszonym językiem musisz zrobić jeszcze dwa okrążenia albo wiesz, że twoi znajomi już rozpoczęli spotkanie, a ty masz w perspektywie jeszcze 10 km i doprowadzenie się do stanu, w którym możesz pokazać się innym, zanim do nich dołączysz. Podbiegi, interwały i długie wybiegania (chyba najgorsze!) w większości wykonywałam sama, ponieważ moja główna towarzyszka biegowa nabawiła się kontuzji. Obiecałam sobie jednak, że jeśli bez kontuzji przeżyję Festiwal Biegowy w Krynicy Zdroju, po powrocie zapiszę się na maraton poznański i dokończę treningi zgodnie z planem. Oczywiście start w maratonie brałam pod uwagę już wcześniej, bo treningi musiałam rozpocząć w lipcu. 

No i nagle zrobił się październik... Pakiet startowy odebrałam dzień wcześniej z grupką znajomych. Trzeba przyznać, że w tym roku koszulki znajdujące się w pakietach startowych były przepiękne! 

w koszulce z pakietu startowego :)

Przyszedł ten dzień, 9 października 2016r. W nocy prawie nie spałam z nerwów i bardzo ucieszyłam się, gdy usłyszałam budzik przerywający moją męczarnię i wiercenie się w łóżku. Czułam się średnio. Z nerwów było mi niedobrze. Pogoda nieciekawa, niebo straszyło ulewą lub niespodziewanym oberwaniem chmury (bałam się, że będziemy biec cały dystans w deszczu i będzie mi po prostu zimno). Humor poprawił mi się dopiero wtedy, gdy dowiedziałam się, że mój mąż mimo wszystko przejedzie ze mną całą trasę maratonu na rowerze (oczywiście w taki sposób, by nie przeszkadzać biegaczom). Na przystanku tramwajowym spotkałam pierwszych maratończyków. Pomimo tego, że się nie znaliśmy zamieniliśmy parę słów i przestałam się stresować. Przed startem spotkałam znajomych z drużyny. Pośmialiśmy się, zdopingowaliśmy i każdy zaczął się ustawiać w swojej strefie startowej. W międzyczasie dowiedziałam się, że będę mieć dodatkowych kibiców na trasie :D 

macham do mężusia na starcie :) 

Moim marzeniem na (prawie) koniec sezonu biegowego, było złamanie magicznej granicy 4 godzin w poznańskim maratonie. Ustawiłam się więc za peacemakerami na "czwóreczkę" i ruszyliśmy! 

pierwsze kilometry
Pierwsze kilometry i już widzę pierwszych kibiców - Basia i Mariusz - machają, krzyczą, Basia nawet biegnie przez moment ze mną. Chwilę później rodzice, babcia i piesek :D Przybijają piątki, dopingują. Jest moc! Dalej biegnę w asyście męża na rowerze, który co jakiś czas spogląda na mnie i sprawdza czy wszystko ok. Przecież to początek - nie może być inaczej. 


fot. maratonczyk.pl
Widzę koleżankę Malwinę, która jest wolontariuszką podczas maratonu, krzyczy, dodaje sił! Później zauważa mnie Wiktor. Myślę sobie - jest świetnie! Z takimi kibicami dam radę! Musiałam nawet trochę zwolnić, żeby zostawić sobie siły na później. To był dopiero 12 kilometr. 
przy punkcie odżywczym, fot. maratonczyk.pl


W międzyczasie mój mąż chciał zaintonować "O mój rozmarynie" na trąbce, żeby mnie rozbawić. Oczywiście mu się to udało. Talentu to on do gry na intrumentach nie ma, tym bardziej na plastikowej trąbce,  więc było zabawnie :D W okolicy 16 km czekali na mnie Ciocia z Wujkiem i Dziadek. Nie spodziewałam się, że zrobią transparenty "Ola - śmigaj - Ola". Wooow! Przyspieszyłam z wrażenia. Tuż przed półmetkiem widzę Szwagierkę z Teściową :D I znowu ich doping spowodował u mnie niekontrolowane szybsze przebieranie nogami. Kilkaset metrów dalej zagadał do mnie nieznajomy Grzesiek. I tak sobie chwilkę pogawędziliśmy, oczywiście o bieganiu. Dzięki niemu na chwilę zapomniałam, że biegnę, przez co nie czułam, że się męczę :D Później zaczęłam się zastanawiać, czemu więcej biegaczy na trasie tych dłuższych dystansów nie ucina sobie pogawędek...  Ja jestem zbyt nieśmiała, żeby zagadać, ale zawsze chętnie porozmawiam :)  Na 23 km niespodzianka! Marta z mężem trzymają w rękach tabliczki z moim imieniem! Szok! Coś wspaniałego! Nie miałam pojęcia, że zobaczę ich na trasie. Gdy ich minęłam, rozpadało się na chwilę. W sumie mogłoby padać już do mety, bo ja mimo wszystko bardzo lubię w deszczu biegać i byłam już wystarczająco rozgrzana, by deszcz mógł przyjemnie chłodzić. Tak się niestety nie stało. Przez kolejne kilometry nie było źle. Czytałam tablice, kartki, transparenty kibiców. Jedni obiecali Ryana Goslinga na mecie, inni piwo... fajnie... Kibice w Poznaniu są fantastyczni i pomimo kiepskiej pogody, na całej trasie było ich sporo. Gdzieś znowu zobaczyłam szwagierkę Monikę, dopingującą mnie do dalszej walki. W końcu minęłam 30 km, dwanaście zostało do mety. Pomyślałam sobie, że to "pikuś", w końcu 12 km zrobiłam już wiele razy, wystarczy nie myśleć o tym, że 30 km mam już w nogach. Za 30 km mijałam kolejnych kibiców. Znalazłam wzrokiem Kasię, która także chwilkę ze mną potruchtała. Dalej Karina, Natalia i Krzysiek obiecali 1000 kapsli na mecie :D (oprócz biegania mam wiele innych pasji i jedną z nich jest zbieranie kapsli). Było głośno! Czekałam jednak jeszcze na 34 km. Tam znajdowała się wielka strefa kibica zorganizowana przez moją drużynę gRUNwald team Poznań (m.in. Basia, Kasia, Wojtek, Piotr, Natasza, Kosia, Iza, Sławek, Ania) . Jednak, żeby do nich dobiec, trzeba było pokonać długi podbieg, co po przebiegnięciu ponad 30 km nie jest łatwym zadaniem. W słuchawce usłyszałam Metallikę i udając, że gram na perkusji, tym samym nie myśląc o zmęczeniu i o tym, że biegnę pod górkę, dobiegłam do celu.
Strefa kibica gRUNwald team Poznań

Strefa kibica gRUNwald team Poznań

Przebiegłam przez ścianę, usłyszałam wrzask znajomych i miałam wrażenie, że trwało to dwie sekundy... (za szybko minęło!) Szkoda... chętnie bym została tam dłużej, ale czas gonił... Zostało ok. 7 km...

fot. Wojciech Klepka

Do mety coraz bliżej, ale siły zaczęły mnie opuszczać. W punkcie żywieniowym zabrakło wody. Długo szukałam kubeczka z czymś do picia. Straciłam kilkanaście, może dwadzieścia kilka cennych sekund. Miałam wrażenie, że biegnę tak, żeby "na styk" złamać te 4 godziny.  Peacemakerzy na 4:00 mocno mnie wyprzedzili. Psychika zaczęła płatać figle. "Nie uda mi się ich dogonić... miało być tak pięknie..."- pomyślałam. Trochę się poddałam, bo nie miałam już wystarczająco sił, żeby dogonić uciekającą "czwóreczkę". Było ciężko. Nagle nie wiem skąd wyskoczyła szwagierka na rowerze i towarzyszyła mi już dalej (razem z moim mężem) do mety. Razem krzyczeli do mnie (wygodnie siedząc na rowerkach ;)), żebym leciała dalej, nie poddawała się... jednak z każdym kilometrem coraz bardziej mnie to wkurzało ;) Na 38 km minęłam Natalię i Damiana, prawie ostatnich "prywatnych" kibiców. Ostatkiem sił uśmiechnęłam się do nich i podziękowałam za doping. Przed ostatnią prostą zauważyłam jeszcze Anię i Pawła, kolegów z drużyny... Została ostatnia prosta. Monika i mój mąż dalej coś do mnie krzyczeli "dawaj, dawaj" itp. Byłam już tak zmęczona, że chciałam im powiedzieć, żeby się zamknęli, bo wygodnie siedzą na czterech literach, a ja jeszcze muszę dobiec 3 kilometry do mety (wydawało mi się to tak daleeeko), nie mając kompletnie sił. Włożyłam w uszy obie słuchawki mojego rozklekotanego mp3 playera i ... przyspieszyłam! 
fot. Monika (nawet pojawił się uśmiech)
Zaczęłam wyprzedzać ludzi, próbowałam nawet wspierać tych, którzy już szli zamiast biec. W głowie była tylko jedna, główna myśl - złamać cztery godziny!

fot. Monika (co to za mina ;)) 



Przed metą zwolniłam jeszcze przy ostatnim punkcie odżywczym, łyknęłam izotonika i byłam gotowa na finisz. 

fot. Monika 

Na 41 km spojrzałam na zegarek. Miałam ok. 8- 9 minut, żeby dotrzeć do mety przed czasem 4:00. Musiałam utrzymać tempo, nie mogłam przejść do marszu. Wtedy już nawet nie chciało mi się maszerować, tylko darłam zelówy aż miło. Przed metą zobaczyłam peacemakera na 4:00 (którego wcześniej nie mogłam dogonić przez postój przy wodopoju). Coś krzyczał, dopingował, byłam prawie pewna, że moje marzenie się spełni. Skręcam w prawo w kierunku mety, jeszcze bardziej się rozpędzam. Słyszę swoje imię, odwracam się i widzę mamę, tatę, babcię i pieska :D Macham do nich w biegu i docieram do upragnionej mety, z łezką radości spływającą po policzku. "Chyba się udało" - myślę. "Warto było". Za linią mety, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - wszystko zaczyna mnie boleć ;-) Nogi, biodra, nawet zaczynam czuć jakieś obtarcia, o których nie miałam pojęcia. 
Wbiegam na metę, rączki w górę ;),  fot. sts-timing.pl



Dostaję upragniony medal i lecę do rodzinki! Nagle przychodzi sms od siostry, która śledziła z chłopakiem moje poczynania w internecie. Czas netto 3:58:14 :D Moja radość jest ogromna! 

z Moniką :) 



Wiem, że dałam z siebie wszystko, że trenowałam ciężko i to są tego efekty. Jestem pewna, że moje marzenie spełniło się jednak głównie dzięki obecności kibiców i wsparciu wielu osób w okresie trenowania i nie tylko. Bez nich pewnie by się nie udało. Na mecie pomyślałam sobie, że tak to ja mogę biegać maratony - od kibiców do kibiców :) Dużo dała mi także obecność męża (i później szwagierki) na rowerze z boku trasy. Przecież nie mogę się zatrzymać, gdy co jakiś czas czujnym okiem na mnie zerkają. Nawet jak pod koniec już mnie wkurzali tym swoim kibicowaniem (bo naprawdę nie miałam już sił), no nie mogłam się zatrzymać i maszerować do mety.  Bardzo Wam wszystkim dziękuję!!! Było cudownie! 


Ale jak to ja.. gdy opadły emocje, zaczęłam się zastanawiać, czemu nie pobieglam lepiej :P
Czas znaleźć kolejny cel do osiągnięcia, bo jakoś tak dziwnie mi teraz bez planu treningowego i że tak po prostu "nic nie muszę", nawet na trening wyjść nie muszę... 


Wiem... MUSZĘ zacząć myśleć o nowym wyzwaniu :)



wtorek, 12 kwietnia 2016

Mój pierwszy maraton, debiut w maratonie porady

Cześć,
Wielkimi krokami zbliża się Orlen Warsaw Marathon. Z pewnością wiele osób wystartuje w nim po raz pierwszy.
Nie jestem doświadczonym maratończykiem, bo maraton przebiegłam do tej pory tylko raz. Moją relację z poznańskiego maratonu możecie przeczytać (na moim drugim blogu) KLIK

Pamiętam jednak doskonale jakie emocje i myśli zaprzątały moją głowę przed tym wielkim dniem. Poniżej chciałam się z Wami podzielić swoimi radami, radami zupełnej amatorki, a nie fachowego trenera. Zobaczcie, na co warto zwrócić uwagę przed pierwszym startem w maratonie oczami zwykłej dziewczyny ;)

(źródło: http://poznan.wyborcza.pl/poznan/5,125560,19004870.html?i=45

1. Przed maratonem daj sobie czas na odpoczynek. Nie ma nic gorszego niż trenować do ostatniego dnia. To nic już nie zmieni, treningowych braków nie nadrobisz. Najgorsze, co może być, gdy tego dnia będziesz przetrenowany! Z pewnością znasz ten stan, kiedy masz dłuższą przerwę w bieganiu i nagle wychodzisz potruchtać. Kojarzysz ten zapał, tego powera, tę niesamowitą chęć do biegu? Pozwól sobie na takie uczucie w dniu maratonu. Jeśli koniecznie chcesz pobiegać w tygodniu przed maratonem, postaw na krótki dystans i biegnij naprawdę wolno. Nie forsuj się. Dzień przed zadbaj o relaks... po odebraniu numeru startowego obejrzyj film, przeczytaj książkę (nie koniecznie związaną z bieganiem ;-) Zajmij czymś głowę. 

2. Maraton, to nie szybka piątka czy dyszka.... to całe 42,195 km! Jesteś w stanie wyobrazić sobie ten dystans? Biorąc udział  w maratonie po raz pierwszy, spodziewam się, że nigdy wcześniej takiego dystansu nie przebiegłeś/aś. Nie forsuj się na starcie, nie biegnij jak dzik. Tłum niesie, będzie Ci się wydawało, że wszyscy biegną szybciej od Ciebie, będziesz chciał kogoś gonić, prześcignąć... uważaj na nagłe zrywy, na przyspieszenia, bo one mogą Cię wykończyć. Staraj się biec równym tempem, jeśli będziesz czuć się na siłach, przyspieszysz bliżej mety. Najlepiej biegnij z zającem/peacemakerem. Dzięki temu oszczędzisz sobie błędów z rozplanowaniem strategii na bieg.

(źródło: maratonczyk.pl

3. Biegnij w butach, w których trenowałeś do tej pory. Przetestuj różne warianty stroju, jeśli nie wiesz jaka będzie pogoda. Dowiedz się, jakie żele możesz spożywać podczas biegu oraz po jakim śniadaniu biegnie Ci się najlepiej. Dzień maratonu to nie czas na testowanie nowości. Czasem żel, którego nie wypróbowałeś może spowodować kłopoty żołądkowe, szorty obtarcia, nie wspominając o butach, w których nie zdążyłeś zrobić co najmniej kilku dłuższych wybiegań.

4. W dniu startu przyjedź dużo wcześniej na miejsce. Godzina to  za mało. W maratonie startuje masa ludzi. Spotkasz znajomych - pogadanki, zdjęcia, kopniaki na szczęście. Do tego toaleta- kolejki do kibelków, toi toi... Przed startem czas płynie naprawdę szybko. Pamiętaj o tym. Zadbaj o swój komfort psychiczny tego dnia. 

5. Naładuj sprzęt elektroniczny i pomyśl jak wszystko zamontujesz. Telefon, zegarek, odtwarzacz mp3, bidony, przekąski, żele... przemyśl dobrze w jaki sposób będziesz biegł z tymi wszystkimi rzeczami, żeby Ci nie przeszkadzały. Lepiej, żebyś chłonął atmosferę maratonu niż myślał wciąż, co zrobić, żeby słuchawki się nie plątały, abo, żeby ten mały bidonik nie obijał się o nogi. Możesz też zrobić wcześniej listę rzeczy, które zabierzesz ze sobą tego dnia. Będziesz mieć pewność, że niczego nie zapomnisz - w szczególności pamiętaj o numerze startowym i chipie :-)

6. Ubierz się tak, jakby na dworze było 10-12 stopni więcej. Być może na początku będzie Ci zimno, ale...
po pierwsze: maratony najczęściej rozpoczynają się o wczesnej godzinie, powiedzmy koło 9... będziesz biec pewnie koło 3-4 godzin lub więcej, więc w ciągu dnia z pewnością zrobi się cieplej. Do tego po kilku pierwszych kilometrach się rozgrzejesz, a nie ma nic gorszego niż biec później z bluzą w ręce albo wciśniętymi gdzieś w gacie częściami garderoby itp. Wielu biegaczy ubiera rękawiczki, później porzuca je na trasie. Jeśli masz wrażliwe dłonie, lepiej kup najtańsze na bazarku, po prostu wyrzucisz je w odpowiednim momencie. Idąc na start warto wziąć ze sobą koc termiczny i nim się okryć. Możesz mieć też starą bluzę, którą po prostu wyrzucisz, w ostateczności wystarczy worek na śmieci z wyciętymi otworami na głowę i ręce. Serio. Bez ściemy. Unikniesz w ten sposób wychłodzenia w oczekiwaniu na start. 

(foto: moja Siora )

7. Staraj się uzupełniać płyny w każdym punkcie odżywczym, nawet jak nie bardzo chce Ci się pić. Nie musisz pić całego kubeczka, warto czasem po prostu zwilżyć usta. Nie przesadzaj też z ilością napojów. Zbyt dużo wody/ izotonika może spowodować dyskomfort w czasie biegu.


8. Staraj się wczuć w maratońską atmosferę. Na trasie czytaj plakaty, tabliczki, transparenty... nawet jeśli nie są skierowane do Ciebie. To odwraca uwagę od zmęczenia i czarnych myśli. Przybijaj piątki, machaj do kibiców (staraj się przy tym nie tracić za bardzo energii), a gdy już nie masz zbyt dużo siły, po prostu się uśmiechaj. W ten sposób podziękujesz kibicom za to, że chce im się stać nieraz w zimnie deszczu i zagrzewać do walki maratończyków. Znajdź sobie zajęcie - licz drzewa, latarnie.. to już w momencie, gdy naprawdę zaczniesz tracić siły. Poza tym myśl pozytywnie... na 21 kilometrze pomyśl... "o jeszcze tylko 21km, tyle nieraz przebiegłem", a nie "O Boże, to dopiero połowa, nie dam rady".

(foto: moja Siora) 


9. Nie panikuj, nie stresuj się ani przed biegiem ani w jego trakcie. Paniką i stresem nic nie zmienisz. Jeśli nie uda Ci się osiągnąć zamierzonego czasu lub ukończyć maratonu w limicie , nic się nie stanie. I tak jesteś wielki, że podjąłeś wyzwanie, stanąłeś na starcie i zawalczyłeś o realizację swojego marzenia. To nie koniec świata. Spróbujesz znowu. 

10. Jeśli będą Ci kibicować znajomi czy rodzina, umów się z nimi w konkretnym miejscu np. na 25, 31 km... im dalej, tym lepiej. Wtedy naprawdę czuć już zmęczenie... Będziesz czekać aż ich zobaczysz i zamiast odliczać kilometry do mety, będziesz odliczał kilometry do spotkania rodziny lub przyjaciół, a później to już polecisz jak na skrzydłach po Red Bullu do mety :) 

11. Jeśli po maratonie chcesz się spotkać z rodziną, przyjaciółmi na mecie, najlepiej umówcie się wcześniej w konkretnym lub chociaż przybliżonym  miejscu. Jeśli korzystasz z aplikacji w telefonie, bateria może się rozładować, poza tym przy hałasie na mecie, ciężko się rozmawia. A bez tego odnaleźć się ciężko. Wyobraź sobie ilu biegaczy razem z Tobą wbiegnie na metę, ilu przed Tobą, tuż po Tobie, średnio pewnie każdy ma jednego kibica, do tego złote koce termiczne "dają po oczach". Przed Tobą tłumy ludzi, za Tobą kolejne... Warto wziąć to pod uwagę i ustalić z najbliższymi gdzie się mniej więcej spotkamy po przebiegnięciu mety. 

Powyższe porady można oczywiście również zastosować do debiutu w półmaratonie. To także ogromne przeżycie i warto je zaplanować, by bez niespodzianek (no chyba, że w postaci zaskakująco dobrego czasu) dobiec do upragnionej mety.