piątek, 28 października 2016

Warszawa zdobyta podstępem (z piwem w tle) ;) Weekend w Warszawie, co zobaczyć w Warszawie, zwiedzanie

Kiedy w styczniu odwiedziliśmy z Matim Warszawę przy okazji giełdy birofiliów, postanowiliśmy przyjechać tu jeszcze raz w tym roku, jesienią. Warszawa bardzo nam się spodobała, ale wtedy zabrakło czasu na zwiedzanie. Zresztą cały jeden dzień spędziliśmy w Centrum Nauki Kopernik, więc na wizytę w innych miejscach po prostu czasu nie starczyło. Wiedziałam, że nie namówię Matiego na weekend w górach (chociaż już bardzo za górami się stęskniłam), zaproponowałam więc tę obiecaną Warszawę. Byłam pewna, że moje namawianie pójdzie bardzo ciężko, dlatego postanowiłam w swoją propozycję "przemycić" słowo "piwo", do tego "targi", "festiwal" i to był strzał w dziesiątkę :D (akurat w tym czasie odbywał się Warszawski Festiwal Piwa) Bez mrugnięcia okiem Mati  zgodził się na wyjazdowy weekend. Pozostało tylko wszystko ogarnąć. Ponieważ zaczęłam planować ten weekend z wyprzedzeniem, udało mi się dostać tanie bilety na przejazd Polskim Busem. Zarezerwowałam niedrogi hotel na warszawskiej Ochocie i zaczęłam wyszukiwanie atrakcji, wydarzeń i ogólnie wszystkiego, co będziemy mogli zobaczyć, zwiedzić w stolicy w ciągu weekendu. W piątek 14.10. późnym wieczorem wyruszyliśmy z Poznania Polskim Busem. W planie mieliśmy mocny sen w czasie podróży i prawie nam się to udało. Planowo autobus powinien dotrzeć do Warszawy o godz. 5 rano. Miałam nadzieję, że przez jakieś roboty drogowe, korki (w co ja wierzyłam) dojedziemy nieco później... Nie obyło się bez niespodzianki, ale nie do końca pozytywnej. Tuż po godz. 4 słyszymy jak kierowca mówi, że za chwilę zatrzymamy się w Warszawie. WTF! Godzinę przed czasem? Nie wiem którędy jechaliśmy, może jakimś skrótem? :P Byliśmy niepocieszeni, bo to oznaczało koniec snu i wyjście na dwór w bardzo niesprzyjającej temperaturze. Pokręciliśmy się trochę na Młocinach (nawet metro jeszcze nie jeździło!). Kupiliśmy grupowy bilet weekendowy na komunikację miejską i czekaliśmy aż otworzą się bramki metra. Warszawa oferuje turystom weekendowym bardzo ciekawe rozwiązanie - bilet weekendowy grupowy. Kosztuje 40 zł i uprawnia grupę, liczącą maksymalnie pięć osób, do nieograniczonej liczby przejazdów od godz. 19:00 w piątek do godz. 8:00 w poniedziałek. Oznacza to, że jeżeli jesteśmy w Warszawie grupą 5- osobową, kupując ten bilet, każda osoba podróżuje komunikacją miejską  podczas weekendu za 8,00 zł.  Oczywiście wszyscy muszą podróżować razem ;) Nieźle, prawda? 
Pojechaliśmy metrem do centrum. Postanowiliśmy wpaść na śniadanie do Mc Donald's i tam poczekać aż zrobi się jasno. Niespiesznie jedliśmy więc kanapki, jeszcze wolniej pijąc kawę. Przed 7 skusiliśmy się nawet na lody, żeby przeczekać do wschodu słońca w ciepłym pomieszczeniu. W końcu odważnie ruszyliśmy przed siebie. Odpaliliśmy stronę http://warszawa.jakdojade.pl/, dzięki której łatwo poruszało nam się po mieście przez cały pobyt, i z przesiadkami dotarliśmy do Łazienek Królewskich. Od zawsze chciałam je zobaczyć, pospacerować alejkami znanymi ze zdjęć w internecie, seriali ( :-) ) itp. Marzyłam, żeby na żywo zobaczyć pomnik Fryderyka Chopina, dla mnie od zawsze kojarzący się z Warszawą. No i od razu udało nam się ten pomnik namierzyć. 
Pomnik Fryderyka Chopina
Projekt pomnika Fryderyka Chopina został wyłoniony na podstawie konkursu (w 1908r.), w którym zwyciężyła koncepcja Wacława Szymanowskiego. Jednak przedłużające się prace nad pomnikiem oraz wybuch I wojny światowej spowodowały, że został on odsłonięty dopiero w 1926r.  Niestety na początku II wojny światowej został wysadzony w powietrze. Jego fragmenty zostały przetopione w jednej z niemieckich hut. Zniszczono wówczas również liczne kopie znajdujące się w polskich muzeach, co bardzo utrudniło jego późniejsze odtworzenie. Ostatecznie, podczas odbudowy stolicy,  udało się odnaleźć na warszawskim Mokotowie zachowaną kopię monumentu.  Na cokole pomnika widnieje napis "Posąg Fryderyka Chopina zburzony i zagrabiony przez Niemców w dniu 31 maja 1940 roku odbuduje Naród. 17-X-1946 r." Dzięki odnalezionej kopii, w roku 1958 ponownie odsłonięto pomnik Fryderyka Chopina  w warszawskich Łazienkach w obecnej formie. 

Później zaczęliśmy włóczyć się po Łazienkach bez konkretnego celu. Zwiedzaliśmy zakamarki i podziwialiśmy jesień, która na dobre rozgościła się, nie tylko, w granicach parku.

Łazienki Królewskie

Łazienki Królewskie
Tak naprawdę miałam w planie jeszcze karmienie wiewiórek orzechami. Pojawił się jednak pewien dość istotny problem - nie wzięliśmy orzechów ;) Poza tym tego dnia było piekielnie zimno, szczególnie o tak wczesnej porze, więc tylko "przywitaliśmy" się z tymi gryzoniami i pognaliśmy dalej, by ciągle być w ruchu i nie marznąć.



W końcu dotarliśmy do bardzo orientalnego miejsca - Ogrodu Chińskiego. Do tej pory widziałam go jedynie na zdjęciach, ale na żywo zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie. Niezwykle tam klimatycznie i uroczo. 


Ogród Chiński

Ogród Chiński otwarto w 2014r. ( dokładnie 2 sierpnia - wówczas w Chinach obchodzi się Święto Zakochanych) Wśród zabudowy Ogrodu Chińskiego wyróżnić możemy m.in. altanę i pawilon (na zdjęciu powyżej) ozdobione wewnątrz kolorowymi  malowidłami.

Ogród Chiński


Ogród Chiński

Sztuka chińska była obecna w Łazienkach Królewskich już od czasów króla Stanisława Augusta. Pod koniec XVIII w. wzniesiono tu m.in. most chiński, którego fundamenty udało się odkryć archeologom dopiero w 2012 r. Zapewne temu odkryciu zawdzięczamy powstanie nowego ogrodu chińskiego.

Ogród Chiński
Ogród Chiński


Następnie udaliśmy się w kierunku, chyba najważniejszego budynku w Łazienkach Królweskich - Pałacu na Wyspie.

Pałac był letnią rezydencją króła Stanisława Augusta. To właśnie tutaj odbywały się latem słynne obiady czwartkowe, czyli spotkania literacko- naukowe polskich intelektualistów.
Wnętrze pałacu można zwiedzać codziennie.

Pałac na Wyspie
Jesień w Łazienkach Królewskich 


Pałac na Wyspie 
W bezpośrednim sąsiedztwie Pałacu na Wyspie znajduje się Amfiteatr, na którego scenie w okresie letnim odbywają się koncerty i teatralne przedstawienia.

Amfiteatr
Łazienki Królewskie 
Ostatnim punktem podczas naszego spaceru po Parku Łazienkowskim, było obejrzenie (z zewnątrz ;)) Nowej Pomarańczarni.
Nowa Pomarańczarnia
No i jak się później okazało, łaziliśmy bardzo "na oślep", bo ... spora część Łazienek Królewskich pozostała przez nas jeszcze nie odkryta... No cóż... będzie co robić podczas kolejnej wizyty w stolicy :-) 

Wejście do Parku jest bezpłatne. Aby zwiedzić wnętrze poszczególnych obiektów znajdujących się w Łazienkach, należy kupić odpowiednie bilety. Szczegóły znajdziecie na stronie: 
Czwartek jest dniem bezpłatnego wstępu. Dodatkowo warto wiedzieć, że  listopad jest miesiącem, w którym wejście do wszystkich obiektów jest darmowe!  Wówczas jednak nie ma możliwości zwiedzania z przewodnikiem. Coś czuję, że w przyszłym roku w listopadzie znów odwiedzimy Łazienki Królewskie i pozwiedzamy te wszystkie muzea (już widzę jak Mati się cieszy;) :D 

Gdy opuściliśmy Park Łazienkowski, wsiedliśmy w autobus komunikacji miejskiej, który zawiózł nas do Wilanowa. Kiedyś naoglądałam się zdjęć pałacu i jego otoczenia i również zapragnęłam zobaczyć to wszystko na własne oczy. Oczywiście jest pięknie. Zarówno pałac jak i otaczający go park potrafi zachwycić. Na miejscu okazało się, że przyjechaliśmy tydzień za wcześnie, ponieważ w następną sobotę rozpoczynała się tutaj wystawa plenerowa "Królewski Ogród Światła", podczas której masa diodowych punktów, ułożonych w finezyjne kształty, tworzy przepiękne widowisko. My mogliśmy podziwiać jedynie przygotowania do tej wystawy... 
No krew mnie zalewa jak widzę na zdjęciach ten Królewski Ogród Światła:
Pięknie, prawda? 
Wystawa potrwa do 12 marca 2017r. (otwarta codziennie od 16-21), wstęp płatny 10 zł 
No to mamy kolejny powód, żeby przyjechać tu za rok w listopadzie :-)
Pałac w Wilanowie
Pałac w Wilanowie
Pałac w Wilanowie

Pokręciliśmy się trochę dookoła. Tu również nie zwiedziliśmy wnętrza pałacu. Udało nam się jednak obejść znaczną część parku (Mati  się ze mnie śmieje, że ja to zawsze parki chcę zwiedzać - no lubię to po prostu)

W wielu miejscach umieszczono tabliczki z kodami QR, których zeskanowanie uruchamia (za darmo) głos przewodnika. Gdyby było nieco cieplej, pewnie częściej korzystalibyśmy z tego udogodnienia.

Przygotowania do Królewskiego Ogrodu Światła
Przygotowania do Królewskiego Ogrodu Światła

Pałac w Wilanowie - elewacja wschodnia

(Mati tak bardzo się cieszył, że zrobił mi zdjęcie z łabędziem ;))



Zwiedzanie Pałacu w Wilanowie, podobnie jak obiektów w Łazienkach Królewskich jest bezpłatne w listopadzie oraz we wszystkie czwartki.

Po czasie widzę jaki ze mnie fantastyczny organizator podróży ;)


Opuściliśmy autobusem Wilanów i stwierdziliśmy, że robimy się coraz bardziej senni. To jednak już nie ten wiek, kiedy nie spało się w nocy wcale i można było normalnie funkcjonować ;P Zameldowaliśmy się w hotelu i ucięliśmy krótką drzemkę. Na wieczór czekały na nas kolejne atrakcje. Pierwszą z nich był udział w Nocy Wieżowców. Jest to wydarzenie, podczas którego odostępnia się do zwiedzania najwyższe budynki Warszawy. Bilety były płatne i rozchodziły się jak świeże bułeczki. Mnie udało się zdobyć bilety na wieżowiec Rondo 1. Miałam sporo szczęścia, bo odświeżyłam stronę akurat wtedy, gdy bilety się pojawiły i do tego zostały ufundowane przez wieżowiec Rondo 1 :D 
w drodze na Noc Wieżowców
w drodze na Noc Wieżowców,  po lewej stronie Warsaw Spire - drugi po Pałacu Kultury w Warszawie najwyższy budynek w Polsce

  Oczywiście podjechaliśmy metrem. Podróżowanie tym środkiem komunikacji bardzo przypadło nam do gustu i (jak dzieci), gdy tylko mogliśmy, to z niego korzystaliśmy. 






Dotarliśmy metrem na Rondo ONZ i po wyjściu ze stacji metra, naszym oczom ukazał się wieżowiec, którego  najwyższe piętra mieliśmy za chwilę zwiedzić.

Wieżowiec Rondo 1
Wieżowiec Rondo 1 ma 40 kondygnacji. Nam pozwolono wjechać na piętro 37. Całkowita wysokość 192 m dała mu zaszczytne 6 miejsce wśród najwyższych budynków w Polsce. Najwyższy jest nadal Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, drugie miejsce zajmuje Warsaw Spire, trzecie wrocławska Sky Tower. 

Co widać z 37 piętra wieżowca Rondo 1? Ano to:
(zdjęcia są kiepskiej jakości, ponieważ były robione przez szybę :( )
Widok z 37 piętra wieżowca Rondo1
Widok z 37 piętra wieżowca Rondo1
Widok z 37 piętra wieżowca Rondo1





Mieliśmy pół godziny na oglądanie, podziwianie i robienie zdjęć. Myślałam, że przez ten czas będziemy się nudzić, okazało się jednak, że czasu było za mało. Bardzo fajnie widać było również Stadion Narodowy, niestety ze względu na to, że zdjęcia wyszły beznadziejnie, nie będzie ich publikacji.



Następnie (oczywiście metrem ;)) udaliśmy się w kierunku naszego głównego punktu wyjazdu - Warszawskiego Festiwalu Piwa. Odbywał się na stadionie Legii, dzięki czemu po raz pierwszy mogłam stanąć na jego trybunach.


Stadion Legii
Sam Festiwal - fantastyczny. Wielu ciekawych wystawców, masa rozmaitych gatunków piw, gadżetów, food trucki.. Rewelacja! Może jedynie portfel nie był zachwycony, bo znacznie mu się schudło ;) Minusem był tłok i to, że festiwal odbywał się na kilku piętrach, więc to przemieszczanie było trochę kłopotliwe. Spróbowałam m.in wytrawnego piwa wiśniowego i przepysznego dyniowego oraz złocistego trunku o bardzo wdzęcznej nazwie "Figlarna Bożena". A gdy dopadł nas głód, my dopadliśmy mega za****stego langosza :) Oj dawno nie jadłam czegoś tak smacznego. Po kulturalnej degustacji wróciliśmy do hotelu, a ja w głowie układałam sobie już kolejny plan dnia. 

Przede wszystkim chcieliśmy się wyspać, to też niespiesznie opuściliśmy naszą bazę. W niedzielę bezpłatnie można zwiedzić m.in Muzeum Powstania Warszawskiego. Tam poszliśmy w pierwszej kolejności. Oczywiście zwiedzanie odbywało się bez przewodnika. Było trochę tłoczno, ale za bardzo nam to nie przeszkadzało.


w Muzeum Powstania Warszawskiego
Początkowo bardzo dokładnie czytaliśmy wszystko, co było możliwe. Każdy eksponat oglądaliśmy z każdej strony. Niestety po pewnym czasie, gdy okazało się, że muzeum jest ogromne, poczułam, że kompletnie przestaję przyswajać wiedzę i wszystko mi się miesza. 


Niestety z historii nigdy nie byłam prymusem i wolałam zawsze szpanować tym, że wiem, jak nazywa się stolica Mauretanii (Nawakszut), chociaż nikt wtedy nie mógł tego sprawdzić, bo nie było "internetów" w telefonie ;-) Myślę, że osobom zainteresowanym historią, a w szczególności tematyką II wojny światowej o wiele łatwiej byłoby się poruszać po muzeum i ugrtuntować lub przyswoić w większości nową wiedzę. Nam z Matim wszystko się  w tych głowach pomieszało i stwierdziliśmy, że musielibyśmy tu przychodzić chyba codziennie przez miesiąc, żeby móc wszystko sensownie zapamiętać. Niemniej jednak muzeum robi piorunujące wrażenie. Warto tu zajrzeć, stawić czoła zgromadzonej wiedzy, obejrzeć eksponaty, odręczne notatki Powstańców i wczuć się w klimat wydarzeń z 1944 r. Placówka oddziałuje na odwiedzającego dźwiękiem, światłem, obrazem. To z pewnością odróżnia ją od "nudnych" muzeów, w których za szybką znajdują się eksponaty z krótkim opisem. Tu można poczuć całym sobą atmosferę powstania warszawskiego, zrywu, nadziei na wyzwolenie kraju spod rąk okupanta. 


Tego dnia weszliśmy jeszcze do Zamku Królewskiego. Zwiedzanie w niedzielę również jest bezpłatne, ale, jak wiadomo, zwiedzamy bez przewodnika.


Tu również nie zabrakło tablic, opisów, wszystkiego tego, co czytaliśmy dokładnie od samego początku. No i znowu nam się pomieszało. Trudno. Warto wiedzieć jednak, że to właśnie tu, w Sali Senatorskiej 3 maja 1791 r. Sejm Czteroletni uchwalił Konsytucję. 

Wnętrze Zamku Królewskiego
Wnętrze Zamku Królewskiego - Sala Balowa

Na dłużej zatrzymały mnie przy sobie dzieła Jana Matejki:



Batory pod Pskowem

Batory pod Pskowem

Konstytucja 3 Maja
Konstytucja 3 Maja


Rejtan - Upadek Polski
Rejtan - Upadek Polski

Nigdy nie byłam fanką malarstwa i kompletnie się na tym nie znam, jednak te obrazy przykuły moją uwagę na dobre. Obrazy te zostały złożone "w kostkę" w okresie II wojny światowej. Dzięki temu jednak przetrwały. Dziś możemy je podziwiać po rekonstrukcji. 

Sporo zresztą w Zamku elementów po rekonstrukcji. Od początku II wojny światowej chciano wysadzić Zamek w powietrze. Udało się to dopiero podczas powstania warszawskiego. Po zniszczeniach zachowały się jedynie przyziemia. Zamek odbudowywano etapami. Udostępniono go do zwiedzania w 1984r. Wówczas powróciło do Yamku wiele dzieł sztuki skradzionych podczas wojny. Niektóre zostały podarowane przez rząd niemiecki, część ofiarowano z prywatnych kolekcji. Sporo elementów zrekonstruowano dzięki zachowanym opisom poszczególnych elementów. 
Jako ciekawostkę dodam, że orzełki na zdjęciu poniżej (w Sali Tronowej) zrekontruowano na podstawie znalezionego takiego właśnie (oryginalnego) orzełka na terytorium Stanów Zjednoczonych. 


Oczywiście nie mogło zabraknąć także zdjęć tak pięknych kufli :-)



Opuściliśmy Zamek Królewski i zaczęliśmy się włóczyć po mieście... Musieliśmy jeszcze coś zjeść i czekać na nadchodzący koniec weekendu, wiążący się z podróżą do domu. 





Po drodze wpadliśmy jeszcze na Rynek...

gdzie ludzie robili zdjęcia restauracji  "U Fukiera" (powyżej) należącej (??) do Magdy Gessler 
Pomnik Małego Powstańca


Bardzo chciałam również zobaczyć oryginalny Pomnik Małego Powstańca (kopia znajduje się m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)
A póżniej to już było typowe włóczenie się ulicami Warszawy i szukanie miejsca, gdzie można wznieść toast za udany weekend ;-) 

taka dziwna koncepcja zdjęcia ;) 
Wieżowiec Rondo 1
Podświetlony Pałac Kultury i Nauki w Warszawie

Mówcie, co chcecie, podobało mi się w Warszawie i naprawdę ją lubię ;-) 



czwartek, 13 października 2016

O tym jak przebiegłam królewski dystans po raz drugi, czyli 17 PKO Poznań Maraton

Trochę się pochwalę, bo jestem z siebie bardzo zadowolona i dumna :)

Moje przygotowania do poznańskiego maratonu tak naprawdę trwały 12 tygodni. Trzy miesiące pełne wyrzeczeń, ciężkich treningów, na które ze względu na ich częstotliwość, nie zawsze chciało się wyjść. Ciężko się biega, gdy nad jeziorem płoną grille, a ty z wywieszonym językiem musisz zrobić jeszcze dwa okrążenia albo wiesz, że twoi znajomi już rozpoczęli spotkanie, a ty masz w perspektywie jeszcze 10 km i doprowadzenie się do stanu, w którym możesz pokazać się innym, zanim do nich dołączysz. Podbiegi, interwały i długie wybiegania (chyba najgorsze!) w większości wykonywałam sama, ponieważ moja główna towarzyszka biegowa nabawiła się kontuzji. Obiecałam sobie jednak, że jeśli bez kontuzji przeżyję Festiwal Biegowy w Krynicy Zdroju, po powrocie zapiszę się na maraton poznański i dokończę treningi zgodnie z planem. Oczywiście start w maratonie brałam pod uwagę już wcześniej, bo treningi musiałam rozpocząć w lipcu. 

No i nagle zrobił się październik... Pakiet startowy odebrałam dzień wcześniej z grupką znajomych. Trzeba przyznać, że w tym roku koszulki znajdujące się w pakietach startowych były przepiękne! 

w koszulce z pakietu startowego :)

Przyszedł ten dzień, 9 października 2016r. W nocy prawie nie spałam z nerwów i bardzo ucieszyłam się, gdy usłyszałam budzik przerywający moją męczarnię i wiercenie się w łóżku. Czułam się średnio. Z nerwów było mi niedobrze. Pogoda nieciekawa, niebo straszyło ulewą lub niespodziewanym oberwaniem chmury (bałam się, że będziemy biec cały dystans w deszczu i będzie mi po prostu zimno). Humor poprawił mi się dopiero wtedy, gdy dowiedziałam się, że mój mąż mimo wszystko przejedzie ze mną całą trasę maratonu na rowerze (oczywiście w taki sposób, by nie przeszkadzać biegaczom). Na przystanku tramwajowym spotkałam pierwszych maratończyków. Pomimo tego, że się nie znaliśmy zamieniliśmy parę słów i przestałam się stresować. Przed startem spotkałam znajomych z drużyny. Pośmialiśmy się, zdopingowaliśmy i każdy zaczął się ustawiać w swojej strefie startowej. W międzyczasie dowiedziałam się, że będę mieć dodatkowych kibiców na trasie :D 

macham do mężusia na starcie :) 

Moim marzeniem na (prawie) koniec sezonu biegowego, było złamanie magicznej granicy 4 godzin w poznańskim maratonie. Ustawiłam się więc za peacemakerami na "czwóreczkę" i ruszyliśmy! 

pierwsze kilometry
Pierwsze kilometry i już widzę pierwszych kibiców - Basia i Mariusz - machają, krzyczą, Basia nawet biegnie przez moment ze mną. Chwilę później rodzice, babcia i piesek :D Przybijają piątki, dopingują. Jest moc! Dalej biegnę w asyście męża na rowerze, który co jakiś czas spogląda na mnie i sprawdza czy wszystko ok. Przecież to początek - nie może być inaczej. 


fot. maratonczyk.pl
Widzę koleżankę Malwinę, która jest wolontariuszką podczas maratonu, krzyczy, dodaje sił! Później zauważa mnie Wiktor. Myślę sobie - jest świetnie! Z takimi kibicami dam radę! Musiałam nawet trochę zwolnić, żeby zostawić sobie siły na później. To był dopiero 12 kilometr. 
przy punkcie odżywczym, fot. maratonczyk.pl


W międzyczasie mój mąż chciał zaintonować "O mój rozmarynie" na trąbce, żeby mnie rozbawić. Oczywiście mu się to udało. Talentu to on do gry na intrumentach nie ma, tym bardziej na plastikowej trąbce,  więc było zabawnie :D W okolicy 16 km czekali na mnie Ciocia z Wujkiem i Dziadek. Nie spodziewałam się, że zrobią transparenty "Ola - śmigaj - Ola". Wooow! Przyspieszyłam z wrażenia. Tuż przed półmetkiem widzę Szwagierkę z Teściową :D I znowu ich doping spowodował u mnie niekontrolowane szybsze przebieranie nogami. Kilkaset metrów dalej zagadał do mnie nieznajomy Grzesiek. I tak sobie chwilkę pogawędziliśmy, oczywiście o bieganiu. Dzięki niemu na chwilę zapomniałam, że biegnę, przez co nie czułam, że się męczę :D Później zaczęłam się zastanawiać, czemu więcej biegaczy na trasie tych dłuższych dystansów nie ucina sobie pogawędek...  Ja jestem zbyt nieśmiała, żeby zagadać, ale zawsze chętnie porozmawiam :)  Na 23 km niespodzianka! Marta z mężem trzymają w rękach tabliczki z moim imieniem! Szok! Coś wspaniałego! Nie miałam pojęcia, że zobaczę ich na trasie. Gdy ich minęłam, rozpadało się na chwilę. W sumie mogłoby padać już do mety, bo ja mimo wszystko bardzo lubię w deszczu biegać i byłam już wystarczająco rozgrzana, by deszcz mógł przyjemnie chłodzić. Tak się niestety nie stało. Przez kolejne kilometry nie było źle. Czytałam tablice, kartki, transparenty kibiców. Jedni obiecali Ryana Goslinga na mecie, inni piwo... fajnie... Kibice w Poznaniu są fantastyczni i pomimo kiepskiej pogody, na całej trasie było ich sporo. Gdzieś znowu zobaczyłam szwagierkę Monikę, dopingującą mnie do dalszej walki. W końcu minęłam 30 km, dwanaście zostało do mety. Pomyślałam sobie, że to "pikuś", w końcu 12 km zrobiłam już wiele razy, wystarczy nie myśleć o tym, że 30 km mam już w nogach. Za 30 km mijałam kolejnych kibiców. Znalazłam wzrokiem Kasię, która także chwilkę ze mną potruchtała. Dalej Karina, Natalia i Krzysiek obiecali 1000 kapsli na mecie :D (oprócz biegania mam wiele innych pasji i jedną z nich jest zbieranie kapsli). Było głośno! Czekałam jednak jeszcze na 34 km. Tam znajdowała się wielka strefa kibica zorganizowana przez moją drużynę gRUNwald team Poznań (m.in. Basia, Kasia, Wojtek, Piotr, Natasza, Kosia, Iza, Sławek, Ania) . Jednak, żeby do nich dobiec, trzeba było pokonać długi podbieg, co po przebiegnięciu ponad 30 km nie jest łatwym zadaniem. W słuchawce usłyszałam Metallikę i udając, że gram na perkusji, tym samym nie myśląc o zmęczeniu i o tym, że biegnę pod górkę, dobiegłam do celu.
Strefa kibica gRUNwald team Poznań

Strefa kibica gRUNwald team Poznań

Przebiegłam przez ścianę, usłyszałam wrzask znajomych i miałam wrażenie, że trwało to dwie sekundy... (za szybko minęło!) Szkoda... chętnie bym została tam dłużej, ale czas gonił... Zostało ok. 7 km...

fot. Wojciech Klepka

Do mety coraz bliżej, ale siły zaczęły mnie opuszczać. W punkcie żywieniowym zabrakło wody. Długo szukałam kubeczka z czymś do picia. Straciłam kilkanaście, może dwadzieścia kilka cennych sekund. Miałam wrażenie, że biegnę tak, żeby "na styk" złamać te 4 godziny.  Peacemakerzy na 4:00 mocno mnie wyprzedzili. Psychika zaczęła płatać figle. "Nie uda mi się ich dogonić... miało być tak pięknie..."- pomyślałam. Trochę się poddałam, bo nie miałam już wystarczająco sił, żeby dogonić uciekającą "czwóreczkę". Było ciężko. Nagle nie wiem skąd wyskoczyła szwagierka na rowerze i towarzyszyła mi już dalej (razem z moim mężem) do mety. Razem krzyczeli do mnie (wygodnie siedząc na rowerkach ;)), żebym leciała dalej, nie poddawała się... jednak z każdym kilometrem coraz bardziej mnie to wkurzało ;) Na 38 km minęłam Natalię i Damiana, prawie ostatnich "prywatnych" kibiców. Ostatkiem sił uśmiechnęłam się do nich i podziękowałam za doping. Przed ostatnią prostą zauważyłam jeszcze Anię i Pawła, kolegów z drużyny... Została ostatnia prosta. Monika i mój mąż dalej coś do mnie krzyczeli "dawaj, dawaj" itp. Byłam już tak zmęczona, że chciałam im powiedzieć, żeby się zamknęli, bo wygodnie siedzą na czterech literach, a ja jeszcze muszę dobiec 3 kilometry do mety (wydawało mi się to tak daleeeko), nie mając kompletnie sił. Włożyłam w uszy obie słuchawki mojego rozklekotanego mp3 playera i ... przyspieszyłam! 
fot. Monika (nawet pojawił się uśmiech)
Zaczęłam wyprzedzać ludzi, próbowałam nawet wspierać tych, którzy już szli zamiast biec. W głowie była tylko jedna, główna myśl - złamać cztery godziny!

fot. Monika (co to za mina ;)) 



Przed metą zwolniłam jeszcze przy ostatnim punkcie odżywczym, łyknęłam izotonika i byłam gotowa na finisz. 

fot. Monika 

Na 41 km spojrzałam na zegarek. Miałam ok. 8- 9 minut, żeby dotrzeć do mety przed czasem 4:00. Musiałam utrzymać tempo, nie mogłam przejść do marszu. Wtedy już nawet nie chciało mi się maszerować, tylko darłam zelówy aż miło. Przed metą zobaczyłam peacemakera na 4:00 (którego wcześniej nie mogłam dogonić przez postój przy wodopoju). Coś krzyczał, dopingował, byłam prawie pewna, że moje marzenie się spełni. Skręcam w prawo w kierunku mety, jeszcze bardziej się rozpędzam. Słyszę swoje imię, odwracam się i widzę mamę, tatę, babcię i pieska :D Macham do nich w biegu i docieram do upragnionej mety, z łezką radości spływającą po policzku. "Chyba się udało" - myślę. "Warto było". Za linią mety, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - wszystko zaczyna mnie boleć ;-) Nogi, biodra, nawet zaczynam czuć jakieś obtarcia, o których nie miałam pojęcia. 
Wbiegam na metę, rączki w górę ;),  fot. sts-timing.pl



Dostaję upragniony medal i lecę do rodzinki! Nagle przychodzi sms od siostry, która śledziła z chłopakiem moje poczynania w internecie. Czas netto 3:58:14 :D Moja radość jest ogromna! 

z Moniką :) 



Wiem, że dałam z siebie wszystko, że trenowałam ciężko i to są tego efekty. Jestem pewna, że moje marzenie spełniło się jednak głównie dzięki obecności kibiców i wsparciu wielu osób w okresie trenowania i nie tylko. Bez nich pewnie by się nie udało. Na mecie pomyślałam sobie, że tak to ja mogę biegać maratony - od kibiców do kibiców :) Dużo dała mi także obecność męża (i później szwagierki) na rowerze z boku trasy. Przecież nie mogę się zatrzymać, gdy co jakiś czas czujnym okiem na mnie zerkają. Nawet jak pod koniec już mnie wkurzali tym swoim kibicowaniem (bo naprawdę nie miałam już sił), no nie mogłam się zatrzymać i maszerować do mety.  Bardzo Wam wszystkim dziękuję!!! Było cudownie! 


Ale jak to ja.. gdy opadły emocje, zaczęłam się zastanawiać, czemu nie pobieglam lepiej :P
Czas znaleźć kolejny cel do osiągnięcia, bo jakoś tak dziwnie mi teraz bez planu treningowego i że tak po prostu "nic nie muszę", nawet na trening wyjść nie muszę... 


Wiem... MUSZĘ zacząć myśleć o nowym wyzwaniu :)



poniedziałek, 3 października 2016

Dziwnów Morze Bałtyckie jesienią galeria zdjęć

Pogoda za oknem dziś nie rozpieszcza... dlatego wracam pamięcią do pięknego, słonecznego wrześniowego weekendu nad Morzem Bałtyckim. W połowie września wybraliśmy się na rodzinny wyjazd do Dziwnowa. Lajtowy, pełen spacerów, z jednym dość intensywnym treningiem biegowym (22km) do maratonu poznańskiego... Zdecydowanie bardziej lubię góry, ale tym razem morze mnie urzekło... o wiele bardziej niż latem... 
Zobaczcie sami:
Plaża w Dziwnowie, wieczór 16.09.2016r.

Plaża w Dziwnowie, wieczór 16.09.2016r.

Plaża w Dziwnowie, wieczór 16.09.2016r.


Spacer brzegiem morza Łukęcin - Dziwnów 17.09.2016r.

Kormoran

Spacer brzegiem morza Łukęcin - Dziwnów 17.09.2016r. (biegus zmienny)

Spacer brzegiem morza Łukęcin - Dziwnów 17.09.2016r. (biegus zmienny)
Woda była wystarczająco ciepła, żebym ja - zmarzluch zamoczyła nogi ;-) Nasz piesek nie miał takiej odwagi ;) 

:)

:) :) :)

Plaża w Dziwnowie 17.09.2016r

Plaża w Dziwnowie 17.09.2016r

Plaża w Dziwnowie 17.09.2016r

Plaża w Dziwnowie 17.09.2016r

Plaża w Dziwnowie 17.09.2016r

Plaża w Dziwnowie 17.09.2016r

Plaża w Dziwnowie 17.09.2016r
Wszystko, co dobre, szybko się kończy :( 

:) 

port rybacki w Dziwnowie
Pokręciliśmy się trochę po Dziwnowie, bez specjalnego zwiedzania i zagłębiania się w atrakcje turystyczne. Bardzo chcieliśmy jednak zobaczyć podnoszenie mostu zwodzonego, co nam się udało! :) Most podnoszony jest w godziny parzyste przez cały rok, a także dodatkowo o 13:00, 17:00, 19:00 i 21:00 od 15 maja do 30 września. 
Most zwodzony w Dziwnowie

Most zwodzony w Dziwnowie

Most zwodzony w Dziwnowie